Myślałem, że znam wszystkie triki wyborcze, ale Ukraina jeszcze raz mnie zaskoczyła. Tydzień temu wysłałem do Dniepropietrowska obserwatorów, którzy mieli sprawdzić, jak biegnie kampania w mieście, które zamierzam odwiedzić w trakcie głosowania 28 października.

REKLAMA
Wiadomo, że połowa mandatów zostanie wyłoniona w wyborach proporcjonalnych. Tu ścierają się listy krajowe z ustawioną odgórnie hierarchią – liderzy ugrupowań znajdują się na czele. Prawdziwa walka toczy się jednak w okręgach jednomandatowych i tu kreatywność ludzka nie ma granic. Przebojem tych wyborów są tzw. "techniczni kandydaci".
A któż to?
Obok silnych kandydatów rekomendowanych przez partie polityczne, na listę wyborczą może wpisać się niemal każdy. Nierzadko w jednym okręgu wyborczym, gdzie głosuje kilka tysięcy osób, bywa zgłoszonych ponad 20 kandydatów. Łatwo domyślić się, ze większość z nich to osoby wystawione na przysłowiowego zająca, po to, aby odebrać głosy przeciwnikom. Jedna próba kupienia "technicznego kandydata" została nagrana – kandydat Partii Regionów, wiceburmistrz Dniepropietrowska, proponował start szefowi związku zawodowego, po to, aby odebrać głosy swojemu rywalowi. Często na liście zdarzają się dwaj kandydaci o takich samych nazwiskach. Co kraj to obyczaj, ale istnieją podejrzenia, że procedura ta odbywa się za pieniądze.
Moi wysłannicy stwierdzili, że sądy z reguły odmawiają jakiejkolwiek skargi przeciwko kandydatom władzy. Na przykład lokalna telewizja notorycznie odmawia emisji ogłoszeń wyborczych jednego z kandydatów. Złożona w sądzie skarga w tej sprawie została odrzucona. Podobnie jak skarga na zaklejanie i niszczenie billboardów. Jednak prawdziwą perełką jest fakt, że ten sam prawnik reprezentuje miejscową komisję wyborczą i przedstawiciela Partii Regionów…
Wszystko to tworzy dosyć nieciekawy obraz kampanii, która trwa. 11 października zbiera się w tej sprawie komisja sprawa zagranicznych Parlamentu Europejskiego.