Druga debata prezydencka jest podobno mniej ważna, a i tak wczorajszą obejrzało w Stanach Zjednoczonych aż 50 milionów ludzi. Została zaplanowana jako seria pytań od "niezdecydowanych wyborców". W istocie, korzystając z pretekstu odczytywanych pytań, Obama i Romney "targali się po szczękach". O wszystko, a najbardziej o podatki i bezrobocie.

REKLAMA
Pojawiły się też wątki socjalistyczne. Jedna z pań zapytała, co zrobią, aby kobiety zarabiały za tę samą pracę tyle samo co mężczyźni? Według Obamy "coś trzeba zrobić", a według Romneya, jak będzie dobra gospodarka, to i kobietom się poprawi. Gwiazdą spotkania był też niejaki Jeremy, który chciał wiedzieć, czy jak skończy studia będzie mógł łatwiej znaleźć pracę. Obama zauważył, że sam fakt, że w ogóle może skończyć studia, to zasługa demokratów. Romney zapewnił z kolei, że jak będzie dobra gospodarka za jego panowania, to Jeremy na pewno dostanie pracę.
Obaj kandydaci za wszelką cenę chcieli posłać przeciwnika na deski. Oceniam, że Obama uczynił to raz, gdy wypomniał przeciwnikowi, że płaci proporcjonalnie mniejsze podatki niż typowy przedstawiciel ukochanej przez niego klasy średniej. Chciał zrobić to po raz drugi, wypominając gubernatorowi, że przeniósł produkcję własnej firmy do Chin kosztem amerykańskich miejsc pracy. W odpowiedzi usłyszał jednak pytanie – "Gdzie inwestują pana fundusze emerytalne, panie prezydencie?". Tego się nie dowiedzieliśmy, bo pewnie w Chinach.
Gdyby stworzyć chmurę słów obu kandydatów dotyczących polityki zagranicznej, to dla Obamy i Romneya istnieją tylko dwa kraje – właśnie Chiny i Libia. Tylko raz pojawiły się Indie i Niemcy.
Obama był lepszy niż w pierwszej debacie. Próbował uderzać z półdystansu, ale wszystkich strat nie odrobił. Kolejna szansa (ostatnia) w poniedziałek.