Po kolejnym szczycie Unii Europejskiej, na tradycyjnej konferencji prasowej, premier Tusk ogłosił, że stoczył bój w obronie polskich interesów – nie będzie (na razie) oddzielnego budżetu dla strefy euro. Nie chcę odbierać zasług premierowi, ale komunikaty, które przywozi z Brukseli, zaczynają być podobne i – wbrew pozorom – mało optymistyczne.

REKLAMA
Mamy dziś przedstawiony przez Radę Europejską pełny profil pogłębionej współpracy strefy euro w dziedzinie finansów publicznych, nadzoru bankowego, ujednolicenia podatków, itd. Będzie też fundusz pomocowy użytkowników wspólnej waluty. Nie padają jeszcze sformułowania kategoryczne i ostateczne, bo projekt dotyczy "średniookresowej perspektywy". Jest też otwarty dla krajów dysponujących własną walutą. Słowem – zyskaliśmy trochę czasu i nic więcej.
Musimy rozstrzygnąć, choć nie będzie to łatwe, dylemat – czy, kiedy i na jakich warunkach nasz kraj przyjmie euro. Co musimy zrobić i spełnić – wiadomo. Dodatkowo Polska powinna zapytać partnerów z eurolandu, kiedy zamierzają pokonać chorobę własnej waluty. W takim planie powinna zostać wymieniona data, zaaprobowana przez Sejm.
Tylko w takich okolicznościach mamy szansę skutecznie walczyć o swoje miejsce przy nowym europejskim stole.