Premier Donald Tusk stał się zakładnikiem obietnicy wyrażonej w trakcie zeszłorocznej kampanii wyborczej. Obiecał Polakom 300 miliardów złotych z kolejnego unijnego budżetu. Aby wszystko wyglądało wiarygodnie uczynił to w towarzystwie ministra spraw zagranicznych i dwóch Polaków pełniących wtedy najważniejsze funkcje w strukturach UE. Powoli przychodzi czas rozliczenia się z tych słów i czuję, że nie będzie łatwo.
REKLAMA
Premier ma sytuację podwójnie trudną. Walka o nową perspektywę finansową jest szczególnie ciężka z dwóch powodów – gospodarka europejska stoi, a Wielka Brytania chce płacić mniej i brać tyle samo. W ogóle ci, którzy są płatnikami netto, nie zamierzają na pewno płacić więcej. Kolejny czynnik utrudniający negocjacje to apetyty małych, nowych krajów. Będzie im bardzo trudno coś zabrać, bo radzą sobie nieźle, a urywać im po prostu nie ma już z czego.
Szansa, że owych 300 miliardów nie będzie, jest więc poważna.
W tej sytuacji Jarosław Kaczyński stawia premiera pod ścianą mówiąc, że budżet trzeba zawetować. Czytaj – w skrajnie trudnych okolicznościach, trzeszczącej w posadach strefy euro, nasz kraj dorzuca do listy problemów kolejny gorący kartofel. Weto tylko pozornie bowiem broni polskiej sprawy. Jeśli nie będzie pieniędzy, prowizorium sprzed 7 lat okaże się martwą literą, a Polska zyska opinię egoistycznego rozrabiaki.
Gdyby nie padła słynna obietnica, to kwota np. 290 miliardów nie byłaby powodem do wstydu. Ale padła i to dzisiaj krępuje Polskę w negocjacjach.
