Wiele osób uważa, że Parlament Europejski pełni funkcje dekoracyjne i przyklepuje przygotowane gdzie indziej decyzje. Albo nie przyklepuje. Wczoraj zaakceptował z pozoru banalną rzecz, która dotyczy handlu lekarstwami.
REKLAMA
Unia Europejska traktuje udogodnienia handlowe jako ważny instrument polityki zagranicznej. Kraje Morza Śródziemnego objęte są tzw. polityką sąsiedztwa. Mogą ubiegać się o ułatwiony dostęp do europejskich rynków, a w zamian europejskie produkty sprzedawane są bez utrudnień na ich rynkach. Taką umowę Unia Europejska wynegocjowała i podpisała również z Izraelem, a jej fragment dotyczył lekarstw. Aby porozumienie było skuteczne, musiało zostać ratyfikowane przez Parlament Europejski. I tu zaczęły się problemy.
Grupa posłów (socjaliści, zieloni, liberałowie) uznała, że nie dopuści do głosowania, chcąc w ten sposób ukarać Izrael za brak pokoju w regionie, za osadnictwo na terenach okupowanych, blokadę Gazy, itd., itd. Od ponad roku prowadziliśmy spór, gdyż inna grupa, do której ja się zaliczam, uważała, że umowa handlowa nie jest żadnym instrumentem wymuszania globalnych rozwiązań. Ba! Za jej brak płaci europejski konsument, bo dobre lekarstwa są dla niego niedostępne, albo zbyt drogie.
Parlament podzielił się w tej sprawie, a wczoraj wieczorem doszło do głosowania. Wygrała opinia, że umowę należy ratyfikować (379 za, 230 przeciw, 41 wstrzymało się). W grupie socjalistów za ratyfikacją opowiedziały się „nowe kraje”. Argumenty społeczne zwyciężyły nad politycznymi – z korzyścią dla konsumenta, ale nie tylko.
Będziemy mogli bardziej zdecydowanie mówić o pokoju, bezpieczeństwie i wymagać od Izraela zobowiązań, które nakłada na to państwo prawo międzynarodowe.
