Karl Rove dwukrotnie pomógł wygrać wybory prezydenckie Georgowi W. Bushowi. Był jego strategiem politycznym do 2007 roku. Odszedł, gdy było wiadomo, że kończy się epoka republikanów. Zresztą jego szef też chciał odsunąć na bok człowieka, który słynął z ostrej gry. W Waszyngtonie mówi się, że zaczął myśleć o nowej kampanii już 100 dni po objęciu władzy przez Obamę.
REKLAMA
Rove rozbudował do gigantycznych rozmiarów system zbierania pieniędzy przez samego kandydata, ale przede wszystkim za pomocą tzw. Super PAC-ów (komitetów wsparcia aktywności politycznej). Brakowało mu tylko kandydata. Cała kampania niemal się nie rozpadła przez brutalną walkę po republikańskiej stronie.
Mitt Romney "przyszedł na świat" po ciężkich bólach porodowych. Nie był kandydatem marzeń – przyzwoity gubernator, mormon, milioner. Miał się zmierzyć z czarnoskórą gwiazdą Partii Demokratycznej. Wtedy rozpoczęło się szlifowanie Romneya, który w zadziwiający sposób, mądrze prowadzony, nagle stał się kandydatem z szansą na zwycięstwo.
W opublikowanym niedawno artykule Karl Rove przedstawił aktualne wyniki sondaży – z 31 krajowych badań przeprowadzonych w ciągu ostatnich siedmiu dni Romney prowadził w 19, Obama w 7, a w 5 przypadkach był remis. Średnie poparcie dla Romneya to 48,4%, a dla Obamy 47,2%. Jeszcze ciekawiej jest w głosach elektorskich (do zwycięstwa potrzeba 270). Republikanin może być pewny 180 głosów, a prezydent 184. Reszta jest niepewna.
Jeśli ktoś uważa, że to dziwne zjawisko, aby tak niewielu decydowało o wszystkim, to się myli. Mało tego – ilość oddanych głosów nie musi się przekładać na większość w Kolegium Elektorskim. W całej historii amerykańskie wybory prezydenckie tylko 4 razy były rozstrzygane w stosunku 60:40. Dziewięciokrotnie kandydaci zwyciężali z wynikiem ok. 55%, a zwycięzców, których poparło mniej niż 50% głosujących, było… aż 18!!! To m.in. Lincoln, Wilson, Truman, Kennedy, Nixon i Clinton.
Ktoś zada pytanie – co to za demokracja? Odpowiadam – jej siła polega na tym, że walcząc według znanych reguł gry, przegrani (kandydat i wyborcy) podporządkowują się werdyktowi. I tak jest od ponad 200 lat.
