Stało się tak, jak miało być. Władimir Władimirowicz wygrał tak, jak chciał, a margines zwycięstwa (14%), przy ilości głosujących (ponad 60%) pokazuje, że fałszerstwa nie mogły mieć znaczącego wpływu na ostateczny wynik. Maszyna zadziałała i w odróżnieniu od Białorusi świat nie będzie się miał do czego przyczepić.
REKLAMA
Putin ma pełny mandat do tego, by rządzić, jak będzie chciał. Tyle że nikt nie wie, jak będzie wyglądać ta kadencja. Ostatnie 12 lat pokazało, że można rządzić i "wygrywać" nie reformując kraju. Po co więc podejmować ryzyko i narażać się na krytykę opozycji, która przecież po wyborach nie zniknie? A ceny ropy są wysokie, może jakoś to będzie…
Daleko za Putinem, w jego tle, licencjonowani kontrkandydaci podzielili się nagrodami pocieszenia. Wśród nich numer 1 to Gienadij Ziuganow, komunista, prawdziwy przeciwnik Putina, który zgromadził 1/4 jego poparcia. To miłe, ale bez znaczenia, gdyż jak Wódz tupnie nogą, komuniści stają na baczność. Zadziwiająco dużo dostał Michaił Prochorow (prawie 8%) i to jest realna miara niszowej, kontestującej publiczności rosyjskiej. Skompromitował się wytypowany przez Kreml na lidera lewicowej opozycji, przywódca partii Sprawiedliwa Rosja, Siergiej Mironow, który zakończył zmagania z niespełna 4-procentowym wynikiem.
Czyli wszystko zadziałało, tylko ta łza… Po co ona komu? Mimo, że spowodował ją silny zimowy wiatr. Przecież Moskwa nie wierzy łzom…
PS Film "Moskwa nie wierzy łzom" powstał w 1979 roku i zdobył Oscara. Choć reżyser Władimir Mieńszow tego nie planował i nakręcił melodramat, tytuł stał się kultowym powiedzeniem dla rosyjskich twardzieli.
PPS Dotychczasowy prezydent Dmitrij Miedwiediew kończy jak hipokryta. Zawezwał sąd, aby sprawdził, czy Chodorkowski gnije w więzieniu legalnie oraz czy słusznie odmówiono rejestracji innym opozycyjnym kandydatom…
