Jeśli ostatnio coś się udawało lewicy w nowych krajach, to głównie za sprawą nowych partii, które pojawiały się na scenie politycznej i w sojuszu ze "starą socjaldemokracją" zdobywały większość. Mogę wymienić Słowenię, Chorwację. Ba! Nawet partia Roberta Fico na Słowacji to nowy produkt. Było więc dla mnie czymś nienaturalnym, że SLD doktrynalnie odrzuca współpracę z Ruchem Palikota.
REKLAMA
W ciągu roku swoich rządów liczni działacze mojej partii udowadniali, że nam nie po drodze i to w żadnej sprawie. I oto nastąpił przełom. Jutro mamy wspólnie rozmawiać o zagrożeniach, jakie niosą prawicowe, nacjonalistyczne i faszyzujące ugrupowania w naszym kraju. Wygląda na to, że można rozmawiać nawet z Ruchem Palikota.
Wielu działaczy SLD nie kryło wczoraj zdziwienia, próbując zrozumieć, jaka jest polityka szefa partii, bo to on zainicjował spotkanie. Jeszcze 3 tygodnie temu, na wewnętrznym spotkaniu kierownictwa SLD w Spale, mówiłem o potrzebie pragmatycznej współpracy z Ruchem Palikota. Wtedy, spośród kilkudziesięciu mówców, do mojej propozycji odniósł się tylko jeden. Był nim Leszek Miller, który spokojnie i dogłębnie przekonał zgromadzonych, że SLD to się po prostu nie opłaca - nasze elektoraty są tak różne, że "2+2 może dać mniej niż 4". Przy okazji pokazano nam wyniki badań, które pokazywały, że elektorat SLD jest szalenie konserwatywny, np. w sprawie gejów, kobiet i w ogóle tolerancji.
Powstaje więc pytanie – jaki ma być długofalowy efekt jutrzejszego spotkania? Czy poza sprzeciwem wobec faszyzmu jeszcze coś jest w stanie zbliżyć oba ugrupowania?
Zobaczymy.
