Miałem dziwne uczucia będąc w niedzielę w Sali Kongresowej w Pałacu Kultury i Nauki. Ostatni raz politycznie odwiedziłem to miejsce, gdy padła słynna komenda "Sztandar wyprowadzić!". Później sala bywała równie pełna, ale przy okazji koncertów gwiazd światowej estrady.
REKLAMA
Tym razem wszystkie, ale to wszystkie miejsca, zajęły panie zaproszone przez moją partię na Sejmik Kobiet Lewicy. Stanowiły bardzo ciekawą publiczność. Ciekawą tego, co mamy im do zaproponowania. Niby pretekstem do spotkania było ich święto, ale temat wiodący – przemoc wobec kobiet – do świętowania nie nastrajał.
Nie ukrywam, że dyskutując o tym spotkaniu mieliśmy spore wątpliwości, a najważniejsza dotyczyła frekwencji. I udało się. Sala pękała w szwach, a uczestniczki, przynajmniej z wyrazu twarzy, wyglądały na zadowolone. Chyba SLD pokonał ważną barierę. Okazuje się, że ludzie reagują dobrze na nasze inicjatywy, pod warunkiem, że są odpowiednio przygotowane i zaplanowane.
PS Nie wszystko jednak wyszło perfekcyjnie. W kuluarach spotkałem kilka pań z Lubelszczyzny, które były na nas po prostu wściekłe. Wstały rano, przed 5, aby na czas dojechać do Warszawy, a na miejscu okazało się, że nie ma już wolnych krzesełek… Przeprosiłem i jeszcze raz przepraszam.
