Na Zachodnim Brzegu wybuch radości. W Izraelu dobrze skrywana złość. Sytuację najlepiej ilustruje rysunek we wczorajszym International Herald Tribune – uradowany Abbas odbiera decyzję o przyjęciu go w skład obserwatorów ONZ, a na sali plenarnej Obama wymienia uwagę z Netanjahu: "Dzisiaj to my jesteśmy obserwatorami". Warto więc przeanalizować wczorajsze głosowanie w Zgromadzeniu Ogólnym Organizacji Narodów Zjednoczonych.
REKLAMA
Większość z państw, które głosowały "za Palestyną", głosowały "przeciwko Izraelowi". Nie myślę wcale o dyktaturach i "demokracjach arabskich", ale o grupie poważnych uczestników dialogu międzynarodowego. Chcieli oni wysłać sygnał do Jerozolimy, że polityka tlącego konfliktu na dłuższą metę jest nie do zniesienia. Być może rząd izraelski prawidłowo odczyta ten sygnał.
Większość państw, która podziela racje Izraela, który oficjalnie mówi o negocjacjach, wstrzymała się od głosu. De facto było to głosowanie przeciw rezolucji, ale przekaz polityczny jest podobny jak wyżej.
Prezydent Autonomii Palestyńskiej Mahmud Abbas został wzmocniony. Pytanie brzmi – jak to wzmocnienie wykorzysta? Czy będzie bardziej hardy wobec Izraela, czy bez warunków wstępnych zasiądzie do stołu rokowań?
Jednostronna, wbrew woli Izraela, decyzja ONZ może mieć praktyczny wpływ na codzienność na pograniczu izraelsko-palestyńskim. Dziesiątki tysięcy Palestyńczyków dzień w dzień przekraczają granice i pracują w Izraelu. Tylko tak mogą utrzymać swoje rodziny. Gospodarka terytoriów, i tak słaba, zależy w większości od współpracy z Izraelem. Nie wspomnę o powiązaniach finansowych czy współpracy sił bezpieczeństwa. Jeśli i tutaj zacznie iskrzyć, wszyscy, od Hamasu począwszy, będą mieli koronny dowód na to, że z Izraelczykami można tylko siłą.
