Miasteczko Sederot jest tak młode jak Izrael. Powstało w 1951 roku i mieszka w nim 24 tysiące ludzi. Nikt by pewnie o nim nie wiedział, gdyby nie położenie – ulokowane jest około kilometra od granicy Strefy Gazy. Jego ponura sława bierze się stąd, że odkąd w Gazie rządzi Hamas, jest najłatwiejszym, bo najbliższym, celem rakiet Kassam.
REKLAMA
Od 2006 roku na miasteczko spadają statystycznie 3 rakiety dziennie. Do tej pory zginęło 11 osób, w tym 3 dzieci. Miasto przypomina albańskie metropolie z czasów zimnej wojny, kiedy to każdy mieszkaniec, np. Tirany, dysponował własnym schronem. Tak jest też w Sederocie. Gdy zawyją syreny, mieszkaniec ma ok. 15 sekund, aby się ukryć. Niby wystarcza, ale nie zawsze. Na przykład matka pilnująca trójki bawiących się dzieci ma problem...
Poza zabitymi i rannymi, zmorą są choroby psychiczne, nerwice, głównie wśród dzieci. Miasto zatrudnia dodatkowych psychiatrów i psychologów, ale i tak 700 mieszkańców jest pod stałą opieką medyczną.
Burmistrz David Buskila pytany, czy ludzie nie uciekają z miasta, odpowiada, że nie, bo życie właśnie tutaj traktują jako obronę pierwszego szańca. Mówi, że jak się stąd wycofają, to przeciwnikom będzie łatwiej atakować kraj. Zresztą przeciwnik w czasie ostatniej "wojny siedmiodniowej" pokazał, że potrafi skutecznie atakować dalsze miasta. Ashdod leży znacznie dalej od Gazy i mieszka tam 200 tysięcy ludzi. Kilka rakiet trafiło w bloki mieszkalne. Lokatorów uratowały schrony, które od kilku lat muszą być obowiązkowo umieszczone w każdym mieszkaniu. Tak jak kiedyś budowano spiżarnie.
Przytaczam te fakty nie po to, aby bilansować palestyński ból i ofiary izraelskimi. Chcę pokazać, że wojna i przemoc zbierają żniwo po obu stronach frontu.
