Obecna dyskusja na lewicy dotyczy wyborów europejskich, a nie przyszłości i perspektywy wyjścia z opozycji. W czerwcu przyszłego roku będziemy świętować 9. rocznicę łomotu, jaki sprawili nam wyborcy. Właśnie wtedy, po raz pierwszy, moja formacja, choć rządząca, zjechała na poziom ok. 10% i konsekwentnie trwa w tych okolicach. Pytanie, które zadawałem na partyjnych forach, a ostatnio publicznie, brzmi: A co będzie, jeśli wytrwamy na poziomie z 2004 roku? Jaka będzie perspektywa wyborów samorządowych?
REKLAMA
W mojej partii popularne jest twierdzenie, że w opozycji jest się po to, aby kiedyś zdobyć władzę, rządzić lub współrządzić. W aktualnym układzie sił współrządzenie według mnie nie wchodzi w rachubę. Chyba, że wzorem kilku byłych polityków lewicy przyjmiemy jakiś gest Platformy. Jakby nastąpił.
Pytania na temat współpracy z Ruchem Palikota kwitowane są uczciwą odpowiedzią: My nie chcemy, bo podobno Oni też nie chcą. Jeśli nawet tak jest, to interesuje mnie dlaczego My nie chcemy, a zaraz potem czy Oni naprawdę nie chcą. Gdyby nie czas, który jest nieubłagany, można by czekać z odpowiedzią na te pytania.
W moim środowisku dużo mówi się o wyborach do Parlamentu Europejskiego. Dyskusję ułatwia fakt, że rozstrzygnęła się chyba definitywnie sprawa ordynacji. Platforma przestraszyła się tzw. listy Kwaśniewskiego (choć jej nie ma) i pozostanie jak było: 13 okręgów. Każdy, kto umie liczyć, wie, że zdobywając 14% można wprowadzić, tak jak zrobił to SLD, 7 posłów, a jak zdobędzie się mniej, to i posłów będzie mniej.
Odkryłem niedawno, że w gronie tzw. kierownictwa SLD, jako jeden z nielicznych mam najdłuższy staż członkowski w tej formacji (28 stycznia miną 23 lata). Z 60-tki Kwaśniewskiego pozostało nas bardzo niewielu, a jeszcze mniej w ciągłej, nieprzerwanej służbie.
Ta rocznica nie zapowiada się wesoło.
