Moja decyzja o opuszczeniu SLD przychodzi 23 lata od wstąpienia do jego poprzedniczki – SdRP. Wtedy, w Sali Kongresowej, było zimno i straszno. Jako rzecznik prasowy tamtego zjazdu miałem wątpliwą przyjemność informować delegatów o kolejnych tekstach, jakie padają publicznie na nasz temat. W sumie byliśmy wyklęci od razu, na dzień dobry: za PZPR-owskie korzenie, za majątek nieboszczki. Generalnie za to, że jesteśmy. Życie ówczesnej, zwycięskiej "Solidarności", miało być lepsze i łatwiejsze bez postkomuny.

REKLAMA
Wtedy, pod przewodnictwem Aleksandra Kwaśniewskiego z Sali Kongresowej wyszła grupa działaczy, którzy na przekór koniunkturze postanowili walczyć o lewicę w demokratycznej Polsce. Dla wielu równie ważna była walka o własne życiorysy. Gdybyśmy wtedy złożyli broń, traktowano by nas jak przestępców dawnego systemu.
Wspominam te czasy dlatego, że mało kto pamięta, iż między nami był spór, ale i współpraca. Były gorące kłótnie, ale obowiązywało koleżeństwo i lojalność. Podporządkowywali się im prawie wszyscy. Sami nie wierzyliśmy oczom, gdy Włodzimierz Cimoszewicz zdobył 10% głosów rok później, a SLD prawie 50 mandatów w pierwszym demokratycznym Sejmie.
Moja dzisiejsza decyzja o opuszczeniu SLD bierze się stąd, że linia przyjęta przez kierownictwo, powszechnie popierana przez większość członków, w moim przekonaniu nie gwarantuje sukcesów.
Brakuje mi pragmatycznej współpracy z Ruchem Palikota. Pragmatycznej, to znaczy w konkretnych sprawach, tam gdzie oba ugrupowania mówią de facto jednym głosem. Nie na rocznicowych akademiach i manifestacjach, ale w znojnej, parlamentarnej działalności.
Brakuje mi też naszego pomysłu na współpracę z Aleksandrem Kwaśniewskim, który mógłby pomóc, gdyby chciał. Jednak przede wszystkim, gdybyśmy my chcieli. A jest jak jest.
Swój punkt widzenia przedstawiłem pod koniec października na spotkaniu kierownictwa SLD w Spale. Uzyskałem odpowiedź, że nie mam racji. Potem próbowałem publicznie wywołać merytoryczny spór. Bez skutku.
Mając w granicach 10% można być w polityce. Można mieć dobre pomysły. Można uczestniczyć w medialnych debatach, ale wpływ na decyzje jest żaden. My w tym stanie tkwimy już 9 rok, od wyborów w 2004.
Nie kończę z polityką, pozostaję członkiem Grupy S&D i będę patrzył wnikliwie co zdarzy się na polskiej scenie politycznej. Kto zauważy, że opisany przeze mnie problem istnieje.