Moje rozstanie z SLD na początku wyglądało spokojnie. Sam próbowałem przekonać zainteresowanych, że nie jest to gest "przeciw komuś", tylko w "jakiejś sprawie". Do wczoraj wydawało mi się, że to działa. Jednak wczoraj w Poznaniu padły słowa o moim "oszustwie".

REKLAMA
Nikogo nie oszukałem, bo przez wiele lat prowadziliśmy wspólny interes pod szyldem SLD. Pożytki miała partia, miałem też ja. Wygrywałem wybory i umiałem się tymi zwycięstwami dzielić. Zarzut oszustwa więc odrzucam. Media doniosły też, że Leszek Miller zarzucił mi, że opuściłem wyborców. Nie, nie opuściłem, wręcz przeciwnie – jestem i będę bardzo blisko nich. Być może bliżej niż partia, do której należałem.
Rozumiem, że w SLD zapanował strach. Gdy krążą ciche pytania "Kto następny?" potrzeba konsolidacji i dyscypliny. Jak widać trudno konsolidować się wokół spraw, trzeba więc skupić się przeciw wrogowi. Nawet jakby był urojony.