Aż dziw bierze, że liczni specjaliści od Ukrainy zupełnie przeoczyli powstanie nowego rządu. Premier co prawda ten sam, ale wśród nominacji można znaleźć kilka niespodzianek. Zacznę od najciekawszej.
REKLAMA
Ministrem spraw zagranicznych został Leonid Kożara. Mimo stosunkowo młodego wieku (49 lat) jego kariera mogłaby być wzorem ścieżki awansu dyplomaty. Najpierw ambasada w USA, potem dwukrotnie administracja prezydenta, wreszcie nominacja na ambasadora Ukrainy w Szwecji. Po pomarańczowej rewolucji kolejny raz trafił do administracji prezydenckiej, ale na krótko. W 2006 roku rozpoczął współpracę z Partią Regionów. Był i jest deputowanym z jej ramienia, a nawet wiceprzewodniczącym odpowiedzialnym za sprawy zagraniczne. Doradzał prezydentowi, premierowi, ale ciągle był trochę z boku i w cieniu. Aż do teraz.
Kożara dobrze zna Polskę. Ba! Chwali się nawet babcią polskiego pochodzenia. Bywał wielokrotnie w naszym kraju. Znają go niemal wszyscy polscy posłowie w Parlamencie Europejskim, bo w charakterze lobbysty swojego kraju i swojej partii spędził tam wiele dni.
Do resortu wprowadził go osobiście Wiktor Janukowycz. Gdyby odczytywać polityczny sens tej nominacji, to oznacza ona ostatnią próbę utrzymania proeuropejskiego kursu podjętą przez Ukrainę.
Ciekawych nominacji jest więcej. Zwracam uwagę na powołanie Natalii Korolewskiej na stanowisko ministra polityki społecznej. Jak widać, nieudany start w wyborach jej partii Ukraina-Naprzód nie zraził Partii Regionów i była deputowana Bloku Julii Tymoszenko dalej pozostaje w politycznym obiegu.
Oprócz tego w składzie Rady Ministrów nie znajdziemy oligarchów i jest sporo innych, nowych twarzy. A nad Wisłą o tym cicho…
