Tych, którzy mają kłopoty z oceną 2012 roku, odsyłam do komentarzy sprzed 12 miesięcy. Gdybym miał jednym słowem opisać europejskie refleksje, to panuje umiarkowany optymizm. Nie dlatego, że jest dobrze, ale kilku katastrof udało się uniknąć. Nikt dzisiaj nie używa już słowa "Grexit", a i upadek wspólnej waluty, wieszczony najczęściej za oceanem, wydaje się być utopijny.
REKLAMA
Do roboty wzięły się dwie kluczowe instytucje. Europejski Bank Centralny mocno ograniczył spekulacje na rynku pożyczek państwowych. Jego prezes, Mario Draghi, okazał się respektowanym liderem rynku finansowego. Trochę mniej dynamicznie, ale już odczuwalnie, rozwija się Herman Van Rompuy. Przypomnę, że gdy 3 lata temu obejmował stanowisko Przewodniczącego Rady Europejskiej, wydawał się malowaną figurą. Kryzys dodał mu jednak skrzydeł. To z jego inicjatywy na europejskim stole leży pakiet regulacji, które gwarantują rychłą stabilizację i kontrolę finansów w strefie euro. To on przejął w najtrudniejszym momencie negocjacje finansowe.
Na chwilę z pierwszego planu zszedł Mario Monti, który przez minione 12 miesięcy pokazał, jak kompetentne przywództwo potrafi uspokoić trudną sytuację wokół takiego kraju jak Włochy. Wierzę, że wróci do polityki po włoskich wyborach, a wielu twierdzi nawet, że w nowej kadencji stanie na czele Komisji Europejskiej.
Piszę optymistycznie, nie zapominając jednak o fatalnym zachowaniu Brytyjczyków i zupełnie realnej, unijnej drugiej prędkości. Ale to inny temat.
Mijający rok potwierdził pozytywne znaczenie Niemiec na naszym kontynencie. Kraj ten i jego przywódcy nie wykonali ani jednego antyeuropejskiego ruchu. Odwrotnie, Angela Merkel ryzykując utratę popularności, cierpliwie przekonywała swych wyborców, że polityka proeuropejska w dłuższej perspektywie jest też polityką sprzyjającą Niemcom.
Jak w tym kontekście wygląda Polska? Nie najlepiej. Utrzymujemy co prawda kontakt z czołówką, ale tylko werbalny. Polski premier potrzebował całego roku, aby zrozumieć, że bez perspektywy wspólnej waluty w Polsce, nie mamy szans.
Miniony rok dobrze zilustrował "The Economist". Europa, patrząc z nadzieją na 2013 rok zmienia swój slogan:
