Oczywiście, rzecz dotyczy Iranu.
REKLAMA
W Waszyngtonie Beniamin Netanjahu miał jakoby poprosić Amerykanów o bomby głęboko penetrujące cele przez wybuchem. Podobno w zamian za obietnicę nieużycia ich przed końcem 2012 roku. Jak było, tego nie wie nikt, ale ważne jest to, czego Netanjahu nie usłyszał. Otóż nie padł kategoryczny amerykański zakaz użycia siły.
Druga scena. W Europie czołowi politycy zaczynają pisać scenariusze "the day after". Brytyjski minister spraw zagranicznych, William Hague, rozważa podobieństwa uzbrojonego Iranu z europejską zimną wojną. Stwierdza słusznie, że w Europie przynajmniej był system kontroli zbrojeń i porozumienia pokojowe, a nad arsenałami pracowali naukowcy, a nie handlarze. To prawda, a dodatkowo można powiedzieć, że w Europie mocarstwa zagwarantowały brak aspiracji jądrowych u satelitów. Jednak różnic jest więcej. Iran obiecuje wycelować nową broń w Izrael, ale wszyscy wiedzą, że jej posiadanie zagrozi również wrogowi nr 2 – Arabii Saudyjskiej, a wraz z nią rynkowi dostaw ropy naftowej. Iran z bronią atomową wcale nie musi być powodem zimnej wojny w regionie. Od lat sponsoruje przecież sprawne ugrupowania bojowe, Hamas i Hezbollah, które nie raz pokazały, że nawet bez parasola atomowego potrafią atakować, bynajmniej nie na zimno.
I trzecia scena. Irańskie okręty wojskowe wpłynęły na Morze Śródziemne. Ta pokazucha ma przekonać nas, że z Iranu do Europy jest bliżej niż myślimy. I bardzo dobrze.
