Powiedzieć o przyszłym sekretarzu obrony Stanów Zjednoczonych, Chucku Haglu, że jest kontrowersyjny, to powiedzieć za mało. Nawet jak na amerykańskie standardy.
REKLAMA
To, że prezydent Obama nominował (potrzeba jeszcze zgody Senatu) byłego republikańskiego senatora, nie szokuje, bo tak już wcześniej bywało. Jednak kilka lat temu Hagel był republikańskim jastrzębiem, neokonserwatystą. Kontrowersyjnie wypowiadał się m.in. o Izraelu i gejach w dyplomacji, wspierał wojny w Iraku i w Afganistanie. Wydawałoby się więc, że na dzień dobry musi mieć wrogów w obozie prezydenta i wśród byłych kolegów partyjnych. Mimo to, wszyscy są przekonani, że po trudnej rozmowie w Senacie, uzyska akceptację.
O co więc chodzi i po co Obamie taki "trudny kandydat"?
Analitycy zgadzają się, że kolejna kadencja będzie podobna do pierwszej, jeśli chodzi o doktrynę obronną Stanów Zjednoczonych – mniej buciorów wojskowych na ziemi, więcej dronów w powietrzu. I wszystko to za znacznie mniejsze pieniądze. Jeśli więc prezydent-demokrata chce mieć wokół wojska święty spokój, to nominuje człowieka, który dla prawej strony sceny politycznej będzie wiarygodny. Gdyby np. USA kontynuowały poufne rozmowy z Iranem, z Hamasem, albo talibami, Hagel będzie bezcenny. Taki były jastrząb na żołdzie gospodarza gołębnika.
Przy okazji tej nominacji odżyła w Ameryce generalna dyskusja o doktrynie obronnej. Pada pytanie, czy na horyzoncie nie jawi się powrót do filozofii neokonserwatystów Georga W. Busha, według której Ameryka miała być żandarmem świata. Historia pewnie się tym razem nie powtórzy, ale można oczekiwać więcej zdecydowania, precyzji i mało kompromisów tam, gdzie chodzi o bezpieczeństwo USA.
