Lubię czytać o tajnych spotkaniach w Brukseli. Zwłaszcza, gdy odbywają się w małych knajpkach. Ich klimat na pewno podnosi wiarygodność relacji, no i działa na wyobraźnię. W opowieściach z małych knajpek można sprzedać wszystko i każdemu. Panie Wielowieyska i Nowakowska z Gazety Wyborczej kontynuują serial o Aleksandrze Kwaśniewskim. Dziś piszą, że to dzięki niemu Donald Tusk nie zmieni ordynacji do Parlamentu Europejskiego, a negocjacje toczone w małych knajpkach w Brukseli były już bardzo zaawansowane. Jak jednak naprawdę wyglądała historia ordynacji wyborczej do PE?
REKLAMA
Ta obecnie obowiązująca pozwala na rozgrywanie wyborów de facto w województwach, gdzie kandydaci na posłów konkurują ze sobą nie tylko jako przedstawiciele partii, ale także osobowości. Ba! Kampania trwa całą kadencję, tworzymy regionalne biura poselskie, jeździmy po regionie, bo większość z nas wie, że na wybory tam wróci.
Donald Tusk postanowił rozbić ten układ. Gdyby mu się powiodło, Platforma byłaby pierwszą partią od czasów PZPR, która wróciła do list krajowych. Premiera wsparło kilka ważnych osób z PO i po cichu szefowie wszystkich opozycyjnych partii. Niczego więc nie musiał negocjować. Każdemu liderowi opłaca się rozdawać osobiście stanowiska. A że przy okazji diabli wzięłyby 10 lat lokalnego budowania europejskiej demokracji? Nikogo to nie obchodziło.
Premier był bardzo przywiązany do swojego pomysłu. Nawet wtedy, gdy nazwisko Aleksandra Kwaśniewskiego stało się realnym zagrożeniem, próbował znaleźć plan alternatywny. Platforma zleciła badania nad skutkami ordynacji kompromisowej: 6-7 makroregionów zamiast aktualnych 13 (np. ściana wschodnia, całe Pomorze, Wielkopolska z Ziemią Lubuską, itd.). Ten pomysł nie ujrzał jednak światła dziennego, gdyż było wiadomo, że zostanie wyśmiany.
Zostaje więc tak jak było. Kalkulacja premiera, że w ten sposób pozbywa się potencjalnego konkurenta – Aleksandra Kwaśniewskiego – jest chybiona. W Polsce odbędą się wybory do Parlamentu Europejskiego i obojętnie jaka ordynacja by nie była, były prezydent, jeśli tylko zechce, weźmie co jego.
Dzisiejsze rozważania Gazety Wyborczej i wcześniejsze lustrowanie kieszeni Aleksandra Kwaśniewskiego pokazują, jaki strach panuje w obozie władzy. Zamiast nerwowych ruchów i penetracji brukselskich knajpek proponuję Platformie konstruktywne myślenie. Może pomysł Europa Plus, jednoczący europejskich "fundamentalistów", mógłby wesprzeć polską politykę np. w obliczu przyjęcia euro?
Panią Wielowieyską i panią Nowakowską zapraszam z kolei do Brukseli. Poza wizytami w małych knajpkach, będą mogły wpaść na posiedzenie komisji poświęconej Kazachstanowi, porozmawiać o pakcie fiskalnym i po prostu rozejrzeć się po rejonie. Doświadczenie na pewno nie zaszkodzi.
