Polityczny sezon na Ukrainie rozpoczyna się zwykle później niż w Polsce. Święta i związane z nimi urlopy przypadają tam w styczniu. Jednak ten rok w polityce ukraińskiej jeszcze się nie rozpoczął. Planowo parlament powinien wznowić swoje obrady piątego lutego. Tak się jednak nie stało. Opozycja blokuje Prezydium i mównicę domagając się konieczności osobistego głosowania przez posłów.
REKLAMA
Sprawa brzmi dość dziwnie i tajemniczo. W każdym parlamencie jakiekolwiek próby głosowania „za siebie i za kolegę” posługując się nie swoją kartą nie wchodzą w grę. W Polsce dziesięć lat temu takie praktyki skończyły się dla posłów na sali sądowej. Na Ukrainie do dzisiaj jest to możliwe. Partie opozycyjne Jaceniuka, Kliczki i Tiahnyboka wyjątkowo solidarnie zapowiedziały, że nie dopuszczą do tego, aby nieobecni posłowie mogli brać udział w głosowaniach. Rzecz jasna, przeciwko temu stanowisku jest Partia Regionów, gdyż to najczęściej w jej szeregach są nieobecne osoby zajmujące się biznesem i innymi działaniami pozaparlamentarnymi. Chodzi o urządzenie warte 8 mln hrywien, które zostało już zakupione przez byłego przewodniczącego parlamentu Arsenija Jaceniuka, aby zapobiec takim praktykom, jednak nadal ono nie funkcjonuje.
Gdyby Rada Najwyższa Ukrainy nie rozpoczęła działalności przez trzydzieści dni, prezydent ma prawo ją rozwiązać i ogłosić nowe wybory. Oczywiście nie wierzę, że tak się stanie. Możliwym kompromisem jest coś, co wydaje się banalne i znane na całym świecie - sztywne wyznaczenie dni, w których odbywają się głosowania, co na Ukrainie również nie ma miejsca.
Z innych wiadomości z zimowego Kijowa - Naczelny Sąd Administracyjny zakwestionował ważność mandatów dwóch wybranych posłów, którzy już objęli swoje funkcje - Pawła Bałogi oraz Aleksandra Dąbrowskiego. Obaj z opozycji. Gdyby opinia tego sądu okazała się dominującą wobec decyzji komisji wyborczej o uznaniu ich mandatów, to mielibyśmy do czynienia z bardzo niebezpiecznym precedensem.
I jedna wiadomość z dziedziny biznesu i polityki. Popularny kanał Inter, który należał do byłego wicepremiera Walerija Choroszkowskiego, został sprzedany za 2,5 mld dolarów znanemu oligarsze Dmytrowi Firtaszowi i szefowi kancelarii prezydenta Janukowycza, Serhijowi Lowoczkinowi.
