Od piątku komentatorzy podzielili się na dwie frakcje. Jedni z żalem mówią, że lewica się dzieli. Inni mówią to z satysfakcją. Są też tacy, którzy twierdzą, że się łączy. I też jedni z żalem, a inni z satysfakcją. Jak to jest? Przypomnę, bo czas biegnie szybko.

REKLAMA
Jeżeli do piątku czas był liczony "przed Aleksandrem Kwaśniewskim", to na mapie politycznej byli: lewicowy SLD, ludzie, którzy identyfikowali się z tą formacją, ale byli poza nią, oraz Ruch Palikota, który był lewicą – nielewicą, w zależności od tego, co kto chciał w nim widzieć. W piątek wszystko to, co nie jest Sojuszem, ogłosiło, że chce się łączyć. Mało tego, zaoferowano także spółkę SLD. W żaden więc sposób w piątek nie nastąpił podział. Jeśli cokolwiek, to oferta zbliżenia. Kto skorzysta, to skorzysta, ale jest szansa, że podziałów będzie mniej.
Ci, którzy mówią o tym, że Aleksander Kwaśniewski dzieli lewicę, mentalnie zawłaszczają dla siebie tę część sceny politycznej. Zawłaszczają wbrew rzeczywistości i zdrowemu rozsądkowi. W piątek nikt nie opuścił SLD. Powstało coś nowego. I tu jest pies pogrzebany, gdyż sama myśl, że konsolidacja mogłaby nastąpić obok Sojuszu, wywołuje nerwowe reakcje. A przecież w wielu krajach tak to działa. Niemcy mają dwie partie lewicowe – i w Bundestagu i w Parlamencie Europejskim. Podobnie – z powodów językowych – jest w Belgii. Na najbliższe tygodnie zachęcam kolegów z SLD do myślenia pozytywnego. To nie musi być gra o sumie zerowej. Czasy wymagają wyobraźni i odwagi. Gdy znikała SdRP jej założycielom też nie było łatwo. Dzisiaj nikt nie proponuje wcielenia SLD do nowego tworu. Proponujemy dyskusję.