Niedawna wypowiedź katolickiego uczonego, księdza prof. Franciszka Longchamps de Bérier, który wspomniał o bruzdach dzieci poczętych za pomocą in vitro, wywołała poważną dyskusję i powszechne potępienie. Wywołała też do głosu w tej sprawie inne "autorytety", część obdarzone tytułem naukowym.
REKLAMA
Ostatnia Rzeczpospolita przytoczyła opinię profesora Stanisława Cebrata, który stwierdził, że in vitro jest ingerencją w prawa natury, gdyż jeśli natura postawiła rodzicom bariery, nie powinniśmy ich łamać. Idąc tym tokiem rozumowania można zastanowić się, po co w ogóle istnieje medycyna, skoro los / stwórca / natura (niepotrzebne skreślić) chce, aby ktoś był ułomny, chory, albo nie miał nogi? Po co w takim razie ingerować?
Jest takie słowo, które oddaje kawałek rzeczywistości, ale często bywa nadużywane – ciemnogród. Tradycyjnie obdarza się nim ludzi, którzy myślą inaczej, często niewykształconych, chrześcijańskich konserwatystów. Warto wyjść poza tradycyjną definicję – wokół nas jest mnóstwo profesorów, którzy chcą leczyć homoseksualizm albo traktują religię jako imperatyw w swym praktycznym działaniu.
