Podziwiam odwagę ministra Boniego, który odpowiadając za administrację i cyfryzację kraju wziął na twarz likwidację Funduszu Kościelnego i wszystko to, co z nim związane. Kościół zaniemówił, gdy dowiedział się, że zamiast pewnej kasy rok w rok z budżetu, ma otrzymywać 0,3% z podatku. I to nie od wszystkich, tylko od chętnych.

REKLAMA
Specjaliści od kasy w habitach potrafią liczyć i znają życie. Dzisiaj obywatel nie pośredniczy w przekazywaniu akurat tych pieniędzy. Daje na tacę i opłaca usługi kościelne. Decydując się na odpis musi podjąć decyzję o dodatkowym świadczeniu. To nie dla wszystkich jest proste – czynność tę powinien w odpowiedni sposób uwzględnić w zeznaniu podatkowym. Słowem – same kłopoty. Ale gdy przechodzi się do liczb, to okazują się jeszcze bardziej bolesne.
0,3% z podatku to liczba, która powstała z kompilacji wielkości odprowadzanego podatku i populacji, która deklaruje się jako "wierząca, praktykująca" z poprawką na tych, którzy mogą nie zapłacić. W wyniku operacji arytmetycznej ministrowi Boniemu wyszło 100 mln zł, czyli teoretycznie tyle samo, co dzisiaj Kościół bierze. Hierarchów nie boli 0,3%, bo kasy mają dość. Boli inna liczba – ilość tych, którzy deklarują wpłatę. Już dziś, w pierwszym badaniu, gdy chodzi tylko o wstępną deklarację, gotowość płacenia zgłasza niecałe 40%. A gdzie pozostali? Może ta teza o katolickim, rozmodlonym kraju lekko mija się z rzeczywistością? I tu jest prawdziwy ból Kościoła. Tak wielki, że hierarchowie w pierwszej chwili zaniemówili. Z jednym wyjątkiem. Wyważony i zdystansowany prymas abp Kowalczyk powiedział: "(…) jak Kościół jest potrzebny, nawet tym, którzy dzisiaj z Kościołem walczą, to się w ten czas pod cień dzwonnicy pchali. Wchodzili do zakrystii i prosili o pomoc".
No właśnie, przy okazji dowiemy się, kto w tych zakrystiach bywał i kiedy.