Wiadomość jest prawie pewna. 30 marca nastąpi parafowanie umowy o stowarzyszeniu Unii Europejskiej i Ukrainy. Tak, tak, to ta sama umowa, która mogła być parafowana już w grudniu ubiegłego roku na szczycie UE-Ukraina.

REKLAMA
Każdy pozytywny fakt płynący z tamtego kierunku mnie cieszy, co nie znaczy, że sprawy ukraińskie ruszyły z miejsca. Strony utrzymują powściągliwy dystans do zaistniałej sytuacji, ale ona sama przez to się nie zmienia. Julia Tymoszenko jest nadal w więzieniu, a polityczny dialog z naszym sąsiadem Unia ograniczyła do minimum. Owszem, na ubiegłotygodniowym spotkaniu w Strasburgu, przewodniczący Barroso mówił mi, że przy okazji marcowego szczytu w sprawie bezpieczeństwa nuklearnego w Seulu spotka prezydenta Janukowycza, ale pewnie powie mu, że o podpisaniu umowy, a tym bardziej ratyfikacji, do październikowych wyborów na Ukrainie nie ma mowy. Cieszmy się więc tym, co jest.
Nad Ukrainą zbierają się z kolei ciemne chmury w gospodarce. Negocjacje z MFW, które miały doprowadzić do zastrzyku gotówki, nie przyniosły rezultatu. Poszło o gaz i sztuczny sposób, w jaki rząd zaniża jego ceny dla krajowych odbiorców. Zachodni analitycy uważają, że jeśli nie będzie umowy gazowej z Rosją, to Ukraina będzie musiała "znaleźć" ponad 5 miliardów dolarów, aby w drugiej połowie roku wykupić swoje długi. Ta kwota, to około 30% rezerw narodowego banku Ukrainy. Dużo. Gdy skonfrontować te wiadomości z otwartą rosyjską presją na rzecz wstąpienia tego kraju do wspólnej euroazjatyckiej przestrzeni gospodarczej, rysuje się nieciekawy scenariusz.
Mam nadzieję, że punktem zwrotnym w aktualnych relacjach Unii i Ukrainy będą wybory parlamentarne. I nie chodzi mi o ich rezultat, ale o sposób przeprowadzenia. Jeśli otrzymają etykietkę wolnych i uczciwych, będzie o czym rozmawiać.