Pan premier wspaniałomyślnie ustąpił pola i zachęcił polityków krajowych do starań o ważne stanowisko w strukturach międzynarodowych. Przyszło mu to tym łatwiej, że nigdy, ani przez chwilę, nie był w Brukseli poważnym kandydatem na funkcję szefa Komisji Europejskiej. Nikt nie odbiera mu proeuropejskich poglądów, ale dobre słowa, które padały pod jego adresem, były wyłącznie kurtuazją. Donald Tusk wymienił kilka nazwisk, wskazując jak liczne i wykwalifikowane kadry posiada nasza Ojczyzna – Sikorski, Rostowski, Bielecki, Buzek i… Kwaśniewski.
REKLAMA
Rządy Tuska to pasmo katastrof, jeśli chodzi o promowanie Polaków na ważne stanowiska międzynarodowe. Przegraliśmy starania o szefa NATO, o wysokie stanowisko wojskowe w tej instytucji, a w innych organizacjach, poza przysługującym z klucza parytetem, nie udało się niczego uzyskać. Jedynym wyjątkiem od tej reguły jest 2,5 roku Jerzego Buzka w fotelu przewodniczącego Parlamentu Europejskiego, ale większe zasługi dla tej nominacji mają niemieccy chadecy i socjaldemokraci, niż pan premier.
Jeden raz Donald Tusk poparł osobę spoza swojej rodziny politycznej. W 2009 roku Włodzimierz Cimoszewicz starał się o funkcję sekretarza generalnego Rady Europy. Poparcie to zawdzięczał wyłącznie stuprocentowej pewności premiera, że na objęcie tej funkcji nie ma żadnych szans.
W tym kontekście nazwisko "Kwaśniewski" brzmi w ustach premiera wyjątkowo obłudnie. Nigdy go nie poprze, bo mógł to zrobić już wiele razy wcześniej. Jego koledzy z partii będą mieli zawsze pierwszeństwo przed politykiem z konkurencyjnego obozu, który w dodatku nie pełni żadnych funkcji. Donald Tusk próbuje po prostu przymknąć usta Aleksandrowi Kwaśniewskiemu, który mocno wspiera Europę Plus. I to jest jedyny powód, dla którego wymienił jego nazwisko.
Rzecz w tym, że stare wróble rzadko łapią się na plewy.
