Gdy Platforma Obywatelska ogłaszała wewnętrzne, tajne wybory swojego szefa, wyglądało to na próbę zafundowania ludziom igrzysk w obliczu sypiącej się gospodarki. Naiwni, wśród których byłem i ja, oczekiwali, że kandydaci na partyjnym forum, ale wobec całej Polski, skonfrontują swoje pomysły i koncepcje, dzięki czemu dowiemy się, jak Platforma zamierza rządzić jeszcze ponad dwa lata. O tym kto wygra, wiadomo było od samego początku.
REKLAMA
Okazało się jednak, że sprawa jest poważniejsza. Kontrkandydat premiera jeździ po Polsce i przekonuje zwykłych ludzi (najmniej członków PO), że jest fajny, bo nie jest Donaldem Tuskiem. Jego program też jest bardzo wyrazisty – zaprzecza wszystkiemu, czego dokonała jego partia przez sześć lat sprawowania władzy.
Mamy więc twórcze rozwinięcie modelu chińskiego. W jednej partii jest skupiony program i antyprogram, lider i jego zaprzeczenie. Gowin swoją postawą formułuje (ale nie wprost) do wnętrza Platformy przekaz – przez sześć lat popieraliście tak beznadziejnego premiera i jego karygodne błędy. Zdecydujcie więc – albo jesteście i będziecie dalej palantami jak on, albo odkupcie swoje winy głosując na mnie.
W ten sposób dokonywały się zwroty przy kolejnych przewrotach w Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego, do dziś funkcjonuje tak Chińska Republika Ludowa pod przywództwem swojej partii. Jestem ciekaw, jak ten model sprawdzi się w warunkach Rzeczpospolitej?
