Dziesięć lat temu w reprezentacyjnym teatrze w Tel-Awiwie uczestniczyłem w uroczystościach, "akademii" ku czci 80-letniego wówczas Szimona Peresa. Jak wiadomo, akademie składają się z części artystycznej i oficjalnej.

REKLAMA
W wydaniu izraelskim sztuką były żywe obrazy, inscenizacje z życia jubilata – Peres w otoczeniu młodzieży komsomolskiej (?!), pionier w Palestynie, Peres w kibucu, w konspiracji, w czasie I wojny arabskiej, potem w Izraelu w licznych rolach, ale najbardziej sugestywnie pokazano jego zasługi dla nowoczesnych technologii w obronności. Część oficjalną, polityczną, stanowili goście z całego świata i elita izraelska. Uczciwie trzeba powiedzieć, że nie wprost, ale traktowano go jako postać historyczną, a jubileusz miał być podsumowaniem życia i wyrazem wdzięczności.
Rzeczywiście, Szimon Peres jest ilustracją losów Żydów i Izraela w XX wieku. Losów wyjątkowych, ale typowych dla tych, którzy wprowadzili się do Palestyny w latach 30-tych, a potem zbudowali państwo Izrael.
Miałem okazję kilkakrotnie słuchać Peresa, a także z nim rozmawiać. Ostatni raz na wiosnę tego roku, gdy przyjął zaproszenie Europejskich Przyjaciół Izraela w Brukseli. Mówi zawsze tak, że chce się notować jego złote myśli. Przykłady? "Bieda jest krajowa, lokalna, tylko bogactwo mus być międzynarodowe", albo "Rządy już nie rządzą. Rządy dbają tylko o popularność", czy "Arabowie muszą zrozumieć, że ich wrogiem jest bieda, a nie Izrael".
Dziesięć lat temu nikt nie spodziewał się, że najbardziej prestiżowe stanowisko, szefa państwa, jest jeszcze przed Szimonem Peresem. Wczoraj skończył 90 lat. I choć na usta cisną się tradycyjne życzenia stu lat, to z roku na rok brzmią one coraz bardziej niepoważnie.