Trzeba być wyjątkowym cynikiem, aby cięcia w budżecie MON ogłosić w przeddzień Święta Wojska Polskiego. Ludzie wicepremiera Rostowskiego chcą zabrać ponad 3 miliardy złotych, ale nie na coś, na jakiś inny wydatek, tylko do załatania deficytu.

REKLAMA
Pieniądze dla wojska, w wysokości 1,95% PKB, gwarantuje ustawa przyjęta w 2001 roku za czasów AWS i ministra obrony Bronisława Komorowskiego. Od tamtego czasu tylko dzięki tej gwarancji można było zmodernizować wiele zasadniczych rodzajów sił zbrojnych, rozpoczynając od lotnictwa. Powoli zmieniał się także obraz wojsk lądowych, a w ogóle można by wskazać wiele dziedzin, w których w porównaniu z najlepszymi nie mamy czego się wstydzić.
Najwięcej dla obronności zrobił rząd Sojuszu Lewicy Demokratycznej, z inicjatywy ministrów Jerzego Szmajdzińskiego i Janusza Zemke, przy aktywnym poparciu prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego i premiera Leszka Millera. Za czasów PiS-u nie zrobiono nic, a następny w kolejce minister Klich pozwalał już na podkradanie budżetu MON-u, choć formalnie, na papierze, zawsze to było 1,95%. Przez te minione 12 lat wszystkim rządom brakowało pieniędzy, ale nikt nie odważył się ruszyć środków przeznaczonych na obronność.
Reakcja ministra Siemoniaka na wiadomości budżetowe mocno mnie dziwi. Mówi, że to tylko na ten rok i w ogóle jakoś to będzie. Nie, nie będzie jakoś, bo przyszłoroczny budżet będzie jeszcze gorszy.
Jak na razie w tej sytuacji poważnie zachowuje się jedynie prezydent, który zmniejszenie wydatków na armię określił jako "bolesne i szkodliwe". W warunkach idylli, jaka oficjalnie panuje między dużym i małym pałacem, zabrzmiało to jak wypowiedzenie wojny. Może wreszcie Bronisław Komorowski pokaże, że umie uderzyć ręką w stół.