Niewiele ponad trzy lata temu, gdy kończyła się kampania prezydencka, w Afganistanie zginął polski żołnierz. Wtedy to, w czarodziejski sposób, urzędujący prezydent, marszałek Sejmu, Bronisław Komorowski, odbył błyskawiczną rozmowę telefoniczną z premierem Donaldem Tuskiem, po której wspólnie ogłosili, że Polska wycofuje swoich żołnierzy z Afganistanu. Przypomnę – trzy lata temu.

REKLAMA
Bronisław Komorowski zagrał wtedy pod publikę. Chodziło o głosy przeciwników afgańskiej ekspedycji. Dostał je. Musiał później co prawda długo tłumaczyć sojusznikom i opinii publicznej, że nie od razu, że zgodnie z decyzjami NATO, że wypełnimy zobowiązania, itd., itd., ale wszystko rozeszło się po kościach.
W 2013 roku Polacy nadal są w Afganistanie, ale populistyczna pokusa pozostała. Wczoraj w Warszawie wybrzmiało: "Zdecydowanie więc odchodzimy od nadgorliwie, nieopatrznie ogłoszonej w 2007 roku polityki ekspedycyjnej. Koniec łatwej polityki łatwego wysyłania żołnierzy polskich na antypody świata".

Nic dziwnego – za nieco ponad rok kolejne wybory. Prezydent ogłosił więc bojowym głosem, że trzeba bronić naszego terytorium i że będziemy modernizować armię i kupę innych fajnych rzeczy.
Bronisław Komorowski uraził mnie przede wszystkim sformułowaniem o "łatwej polityce łatwego wysyłania żołnierzy". Był świadkiem podejmowania tych decyzji i wie, że nigdy nie były łatwe, obojętnie kto rządził.
Łatwe jest za to opowiadanie bzdur bez troski o wizerunek naszego kraju.