Wydawało się, że od sobotniego wieczoru, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, odwróciła się karta Platformie. Nowa twarz błyskawicznie stała się nową gwiazdą partii rządzącej. Mam na myśli Jacka Protasiewicza. Wielkie zdjęcia, wywiady i gdzieś nadzieja, że pojawił się człowiek, który da szansę jeszcze porządzić.

REKLAMA
Nie przesadzam. Wielu działaczy Platformy, skłóconych na co dzień, patrzy na Protasiewicza obsadzając go w roli Następcy. On sam zapowiedział powrót do polityki krajowej, choć z punktu widzenia zarządzania ludźmi Parlament Europejski to jego wielki sukces – jest jego wiceprzewodniczącym oraz szefem polskiej delegacji w EPP.
I teraz robi się ciekawie, bo nie wiemy, jaką rolę przewidział promotor Protasiewicza, premier Donald Tusk. Możliwości są dwie. Albo wykorzysta świeżą twarz, aby zyskać trochę czasu i świętego spokoju, albo rozpocznie proces realnego przekazywania władzy lub przynajmniej dzielenia się nią.
Gdyby Protasiewicz zapytał mnie, co myślę o tej sytuacji, to zalecałbym daleko idącą ostrożność. Rzadko w partiach rządzących przekazanie pałeczki następuje pokojowo. Dużo częściej za zmianą warty stoi konflikt, a Jacek Protasiewicz do Karpacza sprawiał wrażenie, że nie najlepiej czuje się w walce.
Przy okazji wyszedł jednak kawałek platformerskiej rzeczywistości – prawdziwy family business. Gdy wspomnę święte oburzenie premiera na dzielenie stołków przez PSL, to… śmiać mi się chce.