Wahałem się długo, czy w przeddzień 11 demonstracji niepodległościowych wypada zajmować się takimi bzdurami jak fiasko rozmów w Genewie. Jednak spróbuję.
REKLAMA
Przez kilkanaście godzin świat (stali członkowie Rady Bezpieczeństwa ONZ i Niemcy, w towarzystwie pani Ashton) rozmawiał na temat porozumienia ograniczającego groźbę zbudowania przez Iran broni jądrowej. W spotkaniu uczestniczyli w większości (poza Chinami) ministrowie spraw zagranicznych, co nie jest częste w praktyce dyplomatycznej.
Plan był prosty – według deklaracji nowego prezydenta Iranu kraj ten był gotów podjąć na serio rozmowy. Na serio oznacza inaczej niż dotychczas, gdyż rozmowy toczą się od lat, ale z mizernym skutkiem. Według ocen analityków Iran potrzebuje od roku do dwóch lat, aby wyprodukować 6-8 ładunków jądrowych. Trudno więc się dziwić, że inicjatywę Iranu podchwycono z takim impetem.
Co się stało, że Iran nagle zmienił politykę? Ano zaczęły działać sankcje, a zwłaszcza zakaz zakupu irańskiej ropy i wyłączenie tego kraju z sieci międzynarodowych transakcji finansowych. Nikt nie wierzył i nie wierzy w to, że Iran zamierza ostatecznie pozbyć się ambicji atomowych. Chodziło o to, aby zdolności technologiczne (ilość wirówek) ograniczyły zdolności uzyskiwania wysoko wzbogaconego uranu. Dodatkowo zażądano też, aby Iran zaniechał budowy reaktora wzbogacającego pluton. Izraelscy eksperci oceniają, że taki pakiet rozwiązań dawałby gwarancję znacznego opóźnienia uzyskania przez Iran ładunków jądrowych. Rzecz jasna w przypadku ugody zostałyby zniesione sankcje. Jednak zgody nie ma. Poszło o program wzbogacania plutonu, a podobno najtwardsze stanowisko przedstawiła Francja.
Rozmowy będą trwały. Za 10 dni spotykają się te same delegacje, ale na niższym szczeblu. Czyli – jak na razie – z dużej chmury mały deszcz.
