Wczorajsze spotkanie delegacji Parlament Europejski – Ukraina było zdominowane przez impas w sprawie umowy stowarzyszeniowej, czyli kolejne odroczenie głosowania w Radzie Najwyższej "ustawy o Julii Tymoszenko". W trakcie posiedzenia padły dwa znamienne głosy, które mogą określić ton dyskusji, gdyby umowy nie udało się podpisać.

REKLAMA
Konstantyn Jelisiejew, ambasador Ukrainy przy UE, mówiąc w imieniu władz swojego kraju stwierdził m.in. że to my, Unia Europejska, nie jesteśmy przygotowani na stowarzyszenie, zwodzimy jego kraj, nie oferujemy odpowiedniej pomocy gospodarczej, ani tym bardziej członkostwa w Unii. Według niego sprawa Julii Tymoszenko jest tylko naszym pretekstem do tego, aby umowy nie podpisywać.
Pozostawiam tę wypowiedź bez komentarza, bo ukraiński dyplomata przekroczył wszelkie granice obłudy i – mówiąc delikatnie – mijał się z prawdą.
Druga opinia wypowiedziana została przez wysokiego przedstawiciela opozycji w kuluarach (dlatego nie wymieniam nazwiska) i sprowadza się do prostej konstatacji – jeśli nie teraz, to po lutym 2015. Nie trzeba być wielkim analitykiem, by skojarzyć tę datę z wyborami prezydenckimi na Ukrainie. Mówiąc jaśniej – opozycja ukraińska zakłada, że jeśli Wiktor Janukowycz przegra wybory, będzie można wrócić do umowy stowarzyszeniowej.
Ten głos świadczy z kolei o skrajnej naiwności. Jego autorzy zakładają bowiem, że przez ponad rok nic się nie wydarzy, a Moskwa prześpi historyczną okazję, aby metodą kija i marchewki przeciągnąć Ukrainę na swoją stronę.
Wiele miesięcy temu, rozmawiając na temat szans na stowarzyszenie, zadałem wysokiemu urzędnikowi unijnemu pytanie – "Czy mamy plan B?" Odpowiedział bardzo mądrze i ze znajomością zwyczajów ukraińskich: "Nie, nie mamy. Gdyby pojawił się plan B, to możemy zapomnieć o planie A".
Wczoraj strona ukraińska tak jakby zaczęła mówić o planie B…