Sprawa tylko z pozoru wygląda żartobliwe. Komisja ds. wielojęzyczności, która na co dzień zajmuje się poprawnością języka i tłumaczeń w UE oraz akceptuje neologizmy unijne, przygotowuje raport na temat równouprawnienia płci w polskim języku.

REKLAMA
My tu nad Wisłą możemy się śmiać, gdy jedna pani ministra desperacko walcząc o życie polityczne, każe się do siebie zwracać za pomocą żeńskiej formy swojego tytułu, ale gdy za sprawę bierze się Unia i kraj nie dostosuje się do zaleceń, może ponieść dotkliwe kary finansowe (obcinany jest przede wszystkim fundusz społeczny na edukację).
Co nie podoba się unijnym urzędnikom?
Otóż stwierdzili, że w odróżnieniu od np. angielskiego czy niemieckiego, w języku polskim nazwy dni tygodnia w sposób rażący nie uwzględniają równości płci. Z pozoru wygląda to nieźle: cztery dni mają rodzaj męski (poniedziałek, wtorek, czwartek i piątek), a trzy żeński (środa, sobota, niedziela). Czyli jest prawie po równo. Zastrzeżenia budzi jednak skupienie rodzaju żeńskiego na dwóch dniach wolnych od pracy. Ma to powodować podświadome przekazanie społeczeństwu, że kobiety mniej pracują. Teza jest ryzykowna, ale będzie z nią bardzo trudno polemizować, bo takie są po prostu fakty.
Komisja ds. wielojęzyczności proponuje więc, aby wprowadzić innowację do języka polskiego, wzorem chociażby angielskiego, gdzie każdy dzień ma rodzaj nijaki i kończy się na "day", co załatwi problem płci.
Cóż, wyobrażam sobie awanturę, jaką ta analiza wywoła w naszym kraju. Warto temat przedyskutować już od poniedzienia.