Niektórzy polscy politycy zachowują się tak, jakby nagle dostali olśnienia po szczycie w Wilnie. Według zgodnej opinii PiS-u i Solidarnej Polski oferta Unii Europejskiej była za słaba, nieodpowiednia, a Rosja nas przebiła. Bzdura.

REKLAMA
Dwa lata temu wynegocjowano umowę, która zmienia 80% prawa ukraińskiego i faktycznie otwiera granice handlowe, choć nie wszystkie i nie natychmiast. Przewiduje ochronę inwestycji zagranicznych, co skutkowałoby ich zwiększeniem. W pierwszym roku obowiązywania umowy (nie po ratyfikacji, ale już po podpisaniu) handel Ukrainy z Unią rośnie o 0,5 miliarda dolarów, a w kolejnych jeszcze więcej.

Tymczasem Rosja nie zaoferowała nic. Tylko groźby.
Uczestniczyłem kiedyś w spotkaniu, na którym rosyjski polityk powiedział: my oferujemy Ukrainie "love". Na to szef szwedzkiej dyplomacji, Carl Bildt, odpowiedział, że my oferujemy Ukrainie "law".
Kolejny, który nagle przejrzał na oczy, to polski minister spraw zagranicznych. Do 29 listopada popierał stowarzyszenie Unii z krajem, który "ma skorumpowaną gospodarkę" (wypowiedź na twitterze już po szczycie).
I jeszcze jedno olśnienie: Hajda na Majdan! Obalimy Janukowycza!
Władze Ukrainy mają mandat pochodzący z uznanych przez społeczność międzynarodową wyborów. Jedyni, którzy mogą żądać zmiany, to sami Ukraińcy w trybie przewidzianym przez ich konstytucję. 9 lat temu w czasie pomarańczowej rewolucji wielu działaczy "Solidarności" nadrabiało zaległości, bo nie załapali się na rewolucję polską. Powtórka z dramatycznej historii bywa farsą.