Najpierw małe wspomnienie. Przed olimpiadą w Pekinie wybuchły bunty w Tybecie, które wkrótce zostały stłumione przez chińskie władze. Świat zawył z oburzenia i prezydent Francji, Sarkozy, rzucił hasło bojkotu igrzysk. Jednak pierwszy, który ogłosił, że do Pekinu nie pojedzie (i nie pojechał) był Donald Tusk. Koniec końców Sarkozy, Bush i Putin, podobnie jak 80 ze 100 zaproszonych przywódców z całego świata, spotkali się na inauguracji, a premier Wielkiej Brytanii był obecny na jej zamknięciu. To wspomnienie dedykuję prezydentowi Komorowskiemu i premierowi Tuskowi, którzy w sprawie obecności w Soczi nie powiedzieli ostatniego słowa.

REKLAMA
Olimpiada to święto sportu, duma Rosji i dopiero na końcu radość prezydenta Putina. Na nieobecność w Soczi mogą sobie pozwolić wielcy, którzy nic nie stracą, i mali, którzy nie mają nic do stracenia. Polska jest gdzieś w środku. To ważny powód, aby wykorzystać sportowy pretekst do politycznych kontaktów. Dodatkowo mamy szanse na medale. Dawno nie było tak mocnej ekipy, którą respektuje zimowy, sportowy świat.
Zarówno prezydent jak i premier uprawiają narciarstwo. To też jest argument za tym, aby nie unikać obecności w Soczi. Można Rosję lubić albo nie, ale jak u sąsiadów jest święto, to wypada pojawić się z życzeniami. Tak po prostu.
PS Znam długą listę powodów, które mogą uzasadnić nieobecność. Żaden z nich mnie jednak nie przekonuje i dlatego do Soczi trzeba jechać.