Dzisiaj dowiedziałem się, że nie żyje Tadeusz Mosz. W mediach wspomina się go, jako wybitnego dziennikarza ekonomicznego, ale ja pamiętam go z zupełnie innej roli. Tadeusz Mosz w 1988 roku wymyślił "Otwarte studio". Komunizm się sypał, telewizja była wiadomo jaka, a on w TVP1 dowodził publicystyką. Na czele Radiokomitetu stał wtedy Jerzy Urban. Wymyślono audycję, która miała zerwać z drętwą mową i reżyserowanymi programami publicystycznymi. Było to właśnie "Otwarte studio".

REKLAMA
Co tydzień w piątek o 11 w nocy rozpoczynał się program w wielkim studiu na Woronicza, do którego mógł przyjść każdy. Dosłownie każdy. Na żywo toczyła się dyskusja, a ja ten program prowadziłem.
Przez widownię przetoczyła się cała czołówka polskiej opozycji. Bywało zabawnie, ale i dramatycznie. Przed każdym programem odbywałem odprawę z Moszem. Dla niego było czymś oczywistym, że słuchawka w moim uchu służy do tego, abym wykonywał jego polecenia, a ja broniłem swojej niezależności.
Audycja była nieprawdopodobnie popularna. Oglądało ją ok. 20% widowni. Trwała co najmniej 3 godziny, a gdyby nie zmęczenie uczestników, pewnie i dłużej. Jako prowadzący miałem 2 podstawowe zadania – rozdzielać głos wśród ponad 100-osobowej widowni i zakończyć program bez awantury. Jakoś się udawało.
Skąd w ogóle się tam wziąłem? Podobno w TVP nie było jednego odważnego dziennikarza, który zdecydowałby się zaryzykować. Ja, ówczesny redaktor naczelny "itd", nie miałem wiele do stracenia i nie bardzo wiedziałem, co ryzykuję. Moja atrakcyjność polegała też na tym, że pracowałem za darmo.
Przygodę z telewizją skończyłem, gdy rozpocząłem działalność w SdRP. Chciałbym powiedzieć, że podziękowano mi za współpracę, ale takie słowo nigdy nie padło. Po prostu telewizja znalazła kogoś innego.
Moje wspomnienie o Tadeuszu Moszu jest ciepłe i sympatyczne. W warunkach chorej instytucji wykazał się odwagą i kreatywnością. Później telewizja wypluła i jego, ale to już zupełnie inna historia.