Zmieniały się rządy, ministrowie infrastruktury, a Lech Witecki trwał na stanowisku dyrektora Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad. Właściwie to pełnił obowiązki dyrektora, bo dwukrotnie nie zdał egzaminu na urzędnika służby cywilnej, ale wszyscy tolerowali ten stan. Musiał być więc ważnym facetem dla Platformy.
REKLAMA
Umiał też ułożyć sobie współpracę z wpływowymi mediami. Nikt przecież nie zaatakuje szefa instytucji, która za unijne pieniądze organizuje wielomilionowe kampanie informacyjne – "Weekend bez ofiar", "Drogi zaufania", podczas których np. pokazywano widzom różne znaki drogowe.
Wylicza się, ile zbudowano nowych dróg za czasów Witeckiego. Byłoby równie dobrze, gdyby ktoś zsumował przerwy na budowanych autostradach albo policzył przedsiębiorstwa, które musiały zbankrutować, bo nie dostały należnych pieniędzy. Witecki wsławił się też tym, że ambasady reprezentujące zagraniczne koncerny budowlane oficjalnie składały protesty do polskiego rządu.
I wszystko na nic – Lech Witecki trwał.
Dymisjonując pana dyrektora pani premier Bieńkowska przechodzi do historii. Na pewno komuś w PO nadepnęła na odcisk, ale póki co, przynajmniej w tej sprawie pokazała, że nie jest żadną lalką Barbie.
