Przyszłość Ukrainy wcale nie rozegra się na Krymie. Rozegra się w przestrzeni, którą ja, a coraz częściej również inni, nazywają Ukrainą kontynentalną - czyli tam, gdzie mieszka większość ludzi.

REKLAMA
Utrata Krymu będzie dla władz w Kijowie bardzo dotkliwa zarówno prestiżowo, jak i politycznie, bo okaże się wówczas, że nie były one w stanie ochronić obywateli swojego kraju - nawet, jeśli są oni w mniejszości zamieszkujących Krym. Sprawa będzie wracać, tak jak każdy konflikt terytorialny. I choć formalnie będziemy mieć niebawem do czynienia z kawałkiem terytorium Rosji, dla Ukrainy będzie to ciągle bardzo bolesne.
Skoro przyszłość ma się rozegrać na terenie Ukrainy kontynentalnej, kluczem odpowiedzi na pytanie jak ma ona wyglądać, jest rozwój sytuacji w przynajmniej trzech regionach - Ługańsku, Doniecku i Charkowie.
Władza w Kijowie postanowiła dokonać odważnego ruchu. Niedawno aresztowano trzech jawnie prorosyjskich aktywistów. Wśród nich jest postać bardzo znana - Mychajło Dobkin, były gubernator Charkowa, człowiek, który niedawno prowadził zjazd deputowanych, na którym kilka tygodniu temu, po zwycięstwie Majdanu, miało mieć miejsce ogłoszenie separacji tej części Ukrainy. To się nie udało. Dobkin jest dziś w więzieniu, podobnie jak dwóch radykałów z Doniecka i Ługańska. Jeśli w ich obronie stanie odpowiednio dużo ludzi i powstanie społeczny opór przeciwko ich aresztowaniu, władza będzie mieć problem. Jeśli aresztowanie przejdzie "na miękko", oznaczać to będzie, że nie istnieje wystarczająco mocne zaplecze, by próbować powtórzyć wariant krymski.
Jest jeszcze jedna różnica. Rosja nie ma swoich oddziałów na tamtym terytorium, a Ukraina przesyła swoje wojska w tamtą stronę. Można więc liczyć, że gdyby doszło do prób użycia wojska rosyjskiego, już tym razem oflagowanego, kraj będzie lepiej przygotowany.