
Budowane, kupowane, łączone super grupy zawiodły. Koncepcja, która w innych dyscyplinach sportu często się nie sprawdza, również w przypadku kolarstwa szosowego okazała się trudna w realizacji.
REKLAMA
“Galacticos”, LA Lakers czy Team McLaren z Lewisem Hamiltonem i Fernando Alonso. Fantastyczne zespoły-projekty, które miały podbić sportowe areny a w zamian ponosiły wiele dotkliwych porażek. Mimo licznych doświadczeń zawsze znajdzie się zamożny wizjoner, który przy pomocy niemal nieograniczonego budżetu postanowi zdominować swoją dyscypliny sportu. W mijającym sezonie kilku takim historiom mogli bliżej przyglądnąć się kibice kolarstwa.
Mniej więcej rok temu media śledzące wydarzenia w zawodowym peletonie były poruszone. Andy Rhis, bogaty ekscentryk, postanowił zbudować drużynę marzeń. Trzech mistrzów świata, zwycięzca Tour de France i najlepszy kolarz sezonu mieli zdominować rywalizację od klasyków po “wielką pętlę”. Tymczasem Philippe Gilbert przebłyski dobrej dyspozycji zaczął przejawiać dopiero w drugiej połowie lipca. Thor Hushovd, który nie dał rady sprostać wymogom, jakie stawiają bruki we Flandrii od połowy roku jest na L4 a Cadel Evans nie trafił z formą we Francji. Gdyby nie zdolna młodzież: Tejay van Garderen (świetna postawa podczas TdF) i Taylor Phinney a także równa forma Grega van Avermaeta i odbudowana pozycja Alessandro Ballana można by mówić o kompletnej porażce. Rhis w swym zakupowym szaleństwie zachował mimo wszystko umiar i zbudował zrównoważony skład, w którym młodzi zbierają doświadczenia u boku wielkich mistrzów. Mimo wszystko liczony wprost zwrot z zakupu gwiazd póki co się nie istnieje. Nazwa “BMC Racing Team” pojawiała się w materiałach głównie obok słów takich jak “porażka” czy “zawiódł po raz kolejny”. Oczekiwana klęska urodzaju i potencjalne problemy z pogodzeniem interesów liderów nie doszły do skutku. Gdy ci nie byli w stanie walczyć o założone cele, problem sam się rozwiązał.
Drugi spektakularny projekt, przejęcie przez Johana Bruynella braci Schleck i Fabiana Cancellary wraz z większością teamu Leopard również spalił na panewce. To miał być murowany sukces. Najbardziej obiecujący kolarz etapowy i najlepszy czasowiec/specjalista klasyków pod skrzydłami dyrektora sportowego, który doprowadził do sukcesów Armstronga, Contadora, Savoldellego, Herasa. Porażka BMC przy sytuacji Radioshack Nissan Trek to drobiazg. Drużyna Bruynella w sezonie 2012 boryka sie z wszystkimi możliwymi problemami, jakie można sobie wyobrazić. Zaczęło się od pecha Fabiana Cancellary. Podczas Mediolan - Sanremo na finiszu ograł go Simon Gerrans. Kampanię na brukach (był podobno w świetnej formie) przerwała kraksa zakończona złamaniem obojczyka w czasie Ronde van Vlaanderen. Gdy powrócił do ścigania latem, upadł po raz kolejny walcząc o medal ze startu wspólnego w Londynie. W efekcie nie był w stanie odegrać znaczącej roli w swojej koronnej konkurencji, jazdy na czas.
W międzyczasie Johan Bruynell postanowił przeciąć pępowinę łączącą braci Schleck. Wymyślił, że wyśle Franka na Giro d’Italia. Ten jednak niezadowolony a do tego nieco poobijany wycofał się po piętnastym etapie. Równolegle Andy bezskutecznie szukał formy z ubiegłych lat a na domiar złego wywrócił się podczas Criterium du Dauphine i złamał miednicę. Zmuszony do startu w Tour de France jako zastępca brata Frank po raz kolejny nie sprostał roli lidera drużyny - głupio wpadł na dopingu za znalezienie w jego organizmie substancji maskującej Ksypamid. Co więcej, cała ekipa zmagała się równocześnie z problemami wizerunkowymi. Planujący odejście z grupy Jakob Fuglsang oskarżył kierownictwo o zaleganie z wypłatami. Wspomniane szefostwo z Bruynellem na czele wpadło jednak w jeszcze większe kłopoty. Pętla zaciskająca się na szyi Lance’a Arsmtronga to sprawa także jego byłego dyrektora sportowego, który wkrótce może zostać dożywotnio wykluczony z kolarstwa za organizowanie dopingowego procederu w grupie US Postal. Zatem kolejny zespół, który miał rządzić i dzielić nie spełnił oczekiwań, choć, podobnie jak BMC przed całkowitą porażką ratują go kolarze z drugiego szeregu.
W międzyczasie Johan Bruynell postanowił przeciąć pępowinę łączącą braci Schleck. Wymyślił, że wyśle Franka na Giro d’Italia. Ten jednak niezadowolony a do tego nieco poobijany wycofał się po piętnastym etapie. Równolegle Andy bezskutecznie szukał formy z ubiegłych lat a na domiar złego wywrócił się podczas Criterium du Dauphine i złamał miednicę. Zmuszony do startu w Tour de France jako zastępca brata Frank po raz kolejny nie sprostał roli lidera drużyny - głupio wpadł na dopingu za znalezienie w jego organizmie substancji maskującej Ksypamid. Co więcej, cała ekipa zmagała się równocześnie z problemami wizerunkowymi. Planujący odejście z grupy Jakob Fuglsang oskarżył kierownictwo o zaleganie z wypłatami. Wspomniane szefostwo z Bruynellem na czele wpadło jednak w jeszcze większe kłopoty. Pętla zaciskająca się na szyi Lance’a Arsmtronga to sprawa także jego byłego dyrektora sportowego, który wkrótce może zostać dożywotnio wykluczony z kolarstwa za organizowanie dopingowego procederu w grupie US Postal. Zatem kolejny zespół, który miał rządzić i dzielić nie spełnił oczekiwań, choć, podobnie jak BMC przed całkowitą porażką ratują go kolarze z drugiego szeregu.
W gronie super ekip - porażek postanowiłem również umieścić Team Sky. Może się to wydać zaskakujące. Dublet w Tour de France i Igrzyskach Olimpijskich dla Wigginsa i Froome’a oraz dominacja w wielu innych wyścigach wskazuje na udany sezon. Sky miał być jednak brytyjską grupą marzeń, w której pierwszy w dziejach poddany królowej wygra Wielką Pętlę a mistrz świata, Mark Cavendish będzie hurtowo wygrywał sprinty. Z taką myślą ten zespół powstawał i początkowo wydawało się, że wszystko układa się po myśli Dave’a Brailsforda. Być może projekt zakończyłby się spektakularnym sukcesem, nie tylko sportowym, ale i wizerunkowym, gdyby nie dodatkowy element układanki, czyli Chris Froome. Zamiast być wiernym gregario wykorzystał swoją formę i stał się niemal równorzędnym liderem z Wigginsem. W ten sposób dla Cavendisha brakło pomocników i choć wygrał trzy etapy Touru, nie był w stanie samotnie walczyć z Peterem Saganem o zieloną koszulkę. Wizja dominowania w wielkich tourach jest dla kierownictwa na tyle kusząca, że “Cav” nie widząc w takim układzie dla siebie miejsca szuka nowej ekipy. Brytyjski dream team, choć odniósł sportowy sukces de facto przestaje istnieć, a na horyzoncie już widać konflikt między Froomem a “Wiggo” o to kto ma walczyć o żółtą koszulkę w lipcu przyszłego roku.
Ponieważ Mark Cavendish łączony jest - nie bez powodu - z ekipą Omega Pharma Quick Step muszę wspomnieć na koniec również i o tym zespole. W tym roku Patrick Lefevre znalazł idealny balans pomiędzy możliwościami, ambicjami i rzeczywistą formą swoich kolarzy. Tom Boonen przechodzi na naszych oczach do historii jako jeden z najbardziej utytułowanych specjalistów jazdy po bruku. Tony Martin, choć zawodzi w etapówkach, dziś ugruntował swoją pozycję wybitnego czasowca, broniąc tytułu mistrza świata. Cavendish chętnie do tego grona dołączy, choćby ze względu na sprzęt (Specialized, który dostarcza drużynie rowery z otwartymi ramionami powita Brytyjczyka w swoich barwach). Pojawia się jednak pytanie o współpracę z Boonenem. Mediolan - Sanremo oraz etapy i zielona koszulka Tour de France to punkty zapalne potencjalnego konfliktu. Nawet tak konserwatywnie budowana i mająca jednoznaczny charakter drużyna może mieć problem. Sytuacja, w której mocarstwowe plany legną w gruzach jest łatwa do przewidzenia. Jak będzie wyglądała sytuacja Cavendisha, jeśli Tom Boonen w niedzielę zostanie mistrzem świata? A może Lefevre i jego sponsorzy oprą się pokusie zyskania łatwego, choć kosztownego rozgłosu? Kto jeszcze wpadnie na pomysł zbudowania “kolarskiego dream teamu” i jak bardzo na tym przegra? Bo że jest to misja niemal niemożliwa, przekonaliśmy się w mijającym sezonie.
