Więcej niż news dnia

Przełęcz Stelvio, jeden z wielu podjazdów, które zasypane śniegiem zostały usunięte z trasy Giro d'Italia 2013
Przełęcz Stelvio, jeden z wielu podjazdów, które zasypane śniegiem zostały usunięte z trasy Giro d'Italia 2013 Idéfix, wikimedia commons, CC BY SA 3.0
Giro d’Italia skończyło się ponad dwa tygodnie temu. Wyścig, który w sportowych kronikach zostanie zapisany głównie jako ten, podczas którego kolarze i organizatorzy walczyli z paskudną pogodą. My zapamiętamy go na długo ze względu na rewelacyjną jazdę Polaków. Na tyle świetną, że publikacje o Przemysławie Niemcu i Rafale Majce pojawiają się jeszcze kilkanaście dni po zakończeniu włoskiego touru. Czy coś z tego wyniknie?



Aktualne artykuły o kolarstwie znajdziesz na moim blogu XOUTED.COM - Kolarstwo, Outdoor Pop

Pogoda ukradła show
To miał być fascynujący wyścig. Na starcie obrońca tytułu, Kanadyjczyk Ryder Hesjedal oraz dwóch ostatnich triumfatorów Tour de France: Sir Bradley Wiggins z Wielkiej Brytanii oraz Cadel Evans z Australii. Rywalem poddanych Elżbiety II, walczącym o honor gospodarzy był Vincenzo Nibali, który stał już na podium Giro, Touru oraz zwyciężył w hiszpańskiej Vuelcie. Krótko mówiąc, do boju stanęła najprawdziwsza elita. W połowie zmagań Hesjedal i Wiggins już nie jechali, Evans przestał dotrzymywać koła Nibalemu a sam Włoch, wspierany przez bardzo mocną ekipę Astana, nad wyraz szybko pokonywał te podjazdy, które pod nawałem śniegu pozostawiono na trasie wyścigu. Czasem wystarczało, że rywale nie dotrzymywali mu tempa, a czasem wspinał się tak sprawnie, że na myśl przychodziły „stare złe czasy”, gdy faworyci wspomagali się EPO i transfuzjami krwi. Tegoroczne Giro, na skutek przedłużającej się zimy było jednak na tyle wypatroszone z największych trudności (zawodnicy ominęli większość najwyższych przełęczy, dostali dodatkowy dzień odpoczynku), że chwilowe eksplozje mocy można wybaczyć zwycięzcy, ponieważ są możliwe do uzasadnienia. Tak czy inaczej, pierwsze miejsce Vincenzo Nibalego, od mniej więcej dwóch trzecich zmagań, było pewne, zatem najciekawsza rywalizacja odbywała się za jego plecami. A tam szaleli Polacy!

Niespodzianka w peletonie
Do tej pory rekordzistą jeśli chodzi o wyniki w wielkich tourach był Zenon Jaskuła. Jego trzecie miejsce i wygrany etap w Tour de France to legenda równa „zwycięskiemu remisowi” polskich piłkarzy na Wembley. Każdego lipca, gdy peleton przejeżdża przez Pireneje komentatorzy wspominają dzień, gdy Polak wyprzedzając tuzów swojej epoki: Romingera i Induraina sięgnął po triumf w Saint Lary Soulan by kilka dni później stanąć na podium w Paryżu. W tym samym roku Jaskuła był również dziesiąty w Giro d’Italia. Swój życiowy wynik we Włoszech osiągnął jednak dwa lata wcześniej, gdy zajął dziewiątą lokatę. Przez kolejne 20 lat Dariusz Baranowski był dwa razy 12. – raz w Tour de France i raz w Giro d’Italia a Sylwester Szmyd 14. w hiszpańskiej Vuelcie. W zeszłym sezonie cieszyliśmy się, gdy Bartosz Huzarski i Michał Gołaś byli blisko etapowych zwycięstw w Giro d’Italia i wydawało się, że to wszystko, na co stać „naszych”. Tymczasem pod koniec sezonu Tomasz Marczyński i Przemysław Niemiec świetnie, jak się wtedy wydawało, pojechali w Hiszpanii. Marczyński był 13, Niemiec 15 a młody Rafał Majka przyłożył się do zwycięstwa Alberto Contadora męcząc jego rywali na najcięższych podjazdach. Mało kto spodziewał się jednak eksplozji, jaka nastąpiła tej wiosny.

Różne drogi, podobny efekt
Przemysław Niemiec ma trzydzieści trzy lata i przez większość swojej kariery był bardzo dobrym, ale znanym wyłącznie koneserom dyscypliny, kolarzem. Ścigał się we włoskich grupach drugiej i trzeciej dywizji, odnosząc sukcesy w prestiżowych, ale mniej znanych szerszej publiczności wyścigach. Dwa kata temu awansował do „ekstraklasy”, podpisując kontrakt z włoską ekipą Lampre. Jego kibice byli pełni obaw, myśląc, że pójdzie sprawdzoną drogą innych polskich zawodników, stając się pomocnikiem lidera, dyktującym tempo na górskich przełęczach anonimowym trybikiem w profesjonalnej maszynie. Tymczasem nie tylko zaczął dostawać, ale i wykorzystywać swoje szanse, świetnie jeżdżąc w górzystych klasykach jak i w wielkich tourach. Tegoroczną wiosnę miał rewelacyjną. Choć nie było o nim tak głośno jak o Michale Kwiatkowskim, również notował wyniki w pierwszej dziesiątce wyścigów z najwyższej półki. Apogeum przyszło podczas Giro d’Italia, gdy dwukrotnie był trzeci na górskich etapach, w klasyfikacji generalnej zajął szóste miejsce bijąc ponad dwudziestoletni rekord Zenona Jaskuły! Co więcej, Niemiec nie jechał do końca na swoje konto, ponieważ wspierał walczącego o podium Michele Scarponiego. Zastanawianie się „co by było gdyby” w tym momencie nie ma znaczenia. Szóste miejsce w wielkim tourze to wynik rewelacyjny, być może zwieńczenie kariery Przemysława Niemca. Kto wie, może dzięki temu, że przez wiele lat nie ścigał się non stop w pierwszej lidze, będzie miał jeszcze kilka lat rywalizowania z najlepszymi przed sobą. Jeśli nie… na horyzoncie jest zawodnik, z którym wiążemy jeszcze większe nadzieje.


O Rafale Majce w ostatnich tygodniach napisano wiele. W skrócie wystarczy kilka słów. To jeden z największych młodych talentów w zawodowym peletonie, przedstawiciel wchodzącego przebojem na szczyt pokolenia przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Ma rewelacyjne parametry fizjologiczne, bardzo wcześnie trafił do czołowej grupy Pro Team (Saxo Bank Tinkoff, prowadzona przez sławnego, choć kontrowersyjnego Bjarne Riisa), gdzie wychowywany jest na przyszłego mistrza. Podczas tegorocznego Giro trafił na godnego rywala. Kolumbijczyk Carlos Betancur to również kolarz wielkiego formatu i ostatecznie wygrał z Majką walkę o koszulkę najlepszego młodzieżowca. Trzeba jednak powiedzieć, że „nasz” dwudziestoczterolatek pojechał rewelacyjny wyścig, tak jak Przemysław Niemiec poprawiając wyniki Zenona Jaskuły i Dariusza Baranowskiego.

Napisali historię
Przechodzenie i pisanie historii to obecnie jeden z najbardziej zgranych zwrotów jakie spotykam w informacjach, relacjach i tekstach promocyjnych. Każdy nowy produkt przechodzi do historii, każdy bieg masowy zapisuje się w historii rekordem frekwencji, każda ulewa czy gradobicie powoduje historyczne szkody. Jeśli jednak na pobicie jakiegoś rekordu czekamy dwadzieścia lat, to faktycznie jest historia. Nie ma znaczenia, że Niemiec musiał pomagać Scarponiemu, nie ma znaczenia, że Majka nieznacznie przegrał z Betancurem. Obaj kolarze zrobili coś, o czym jeszcze niedawno nie śmieliśmy marzyć. Co więcej, sprawili, że mając sporą niechęć do tegorocznego Giro, zmęczony zimą, dopingiem i w sumie nieciekawą rywalizacją wróciłem przed ekran by śledzić ich rywalizację. To magia chwil, gdy o wyniki w najważniejszych imprezach walczą „nasi”. Wyraz nieuzasadnionej więzi, współczesna wersja patriotyzmu. W przeciwieństwie do głównego nurtu nie popadnę w optymizm i nie będę kreował wizji świetlanej przyszłości polskiego kolarstwa. Kilka niezwykłych talentów zapewni nam emocje przez najbliższą dekadę. Mój poprzedni tekst, po rewelacyjnej wiośnie w wykonaniu Michała Kwiatkowskiego, w którym zwróciłem uwagę na indywidualny charakter jego sukcesu wywołał spore emocje.

Rafał Majka to taki sam przykład szczególnego zbiegu okoliczności poparty silną wolą dwóch ogniw: samego zawodnika oraz kolejnego lokalnego entuzjasty, który nie dopuścił, by zmarnował się tak wybitny organizm. Krakus Swoszowice to kolejny niewielki klub (obok Pacyfic Toruń, skąd pochodzi Kwiatkowski), gdzie dzięki pracy wybitnego fachowca i uzasadnionego wyłącznie pasją wsparcia lokalnych sponsorów powstają kariery przyszłych mistrzów. Aby nie być gołosłownym, wspomniany wyżej Tomasz Marczyński, zanim wyjechał za granicę robić wielką karierę, uczył się kolarstwa w obu wspomnianych klubach a trener Zbigniew Klęk ze Swoszowic, tak jak Majkę, uczył go profesjonalizmu.

To niesamowite, jak niewielkimi środkami i jak wielką pracą i wyrzeczeniami zbudowane zostały te sukcesy. Czy na kolejne będziemy musieli czekać kolejne dwadzieścia lat? To zależy. Jak bardzo ludzie tacy jak p. Klęk by się nie starali, jak wiele młodzi ludzie, którzy do niego trafiają nie wylewaliby potu i jak bardzo ich rodzice nie wypruwali by sobie żył, by zapewnić wsparcie w pierwszych latach kariery, „renesansu polskiego kolarstwa” nie będzie. Kraków, na przedmieściach którego działa klub, z który wychował Rafała Majkę, to milionowa aglomeracja. Podobno to „dolina krzemowa Europy Środkowej”. Siedziba oddziałów kilkudziesięciu korporacji. Każda z nich wydaje rocznie więcej pieniędzy na alkohol podczas imprez integracyjnych niż potrzeba, by następca Majki, Niemca czy Kwiatkowskiego, obecnie jakiś anonimowy, trzynastoletni młodzik nie wyjechał za dziesięć lat do Irlandii na zmywak zamiast stanąć na podium Giro d'Italia.

Gdy nie mam czasu, krótkie komentarze wrzucam na facebooku - zobacz
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...
0 0Przez dwa miesiące byłam streamerką gier. Oto, czego się nauczyłam
JANDA 0 0Kremy z kolagenem: nie bierz pierwszego lepszego. To skomplikowany składnik
dadHERO 0 0Prawie półtora miliona złotych na polską planszówkę. Skąd ten sukces gry "Beyond Humanity:Colonies"?
0 0Polskiej szkole przydaliby się tacy nauczyciele. "Stowarzyszenie Umarłych Poetów" w teatrze
WYWIAD 0 0Dlaczego faceci nie chcą seksu. Seksuolożka wylicza powody i radzi, jak to zmienić
0 0Słynna fabryka ogłasza zwolnienia grupowe. Miśnieńska porcelana walczy o przetrwanie