Informacja o abdykacji papieża obiegła cały świat. Jest newsem we wszystkich mediach. Nic dziwnego. Lider katolickiego świata rezygnuje ze swojej misji. To wydarzenie bez precedensu w historii, bodaj ostatni raz zdarzyło się tak przed 700. laty. Podano oficjalne powody ale już spekuluje się o tych faktycznych. Przeróżne teorie rozlewają się po świecie.

REKLAMA
Wszyscy koncentrują się na papieżu, ale czy ktoś zastanawia się nad tym, co dzieje się w takim momencie z wiernymi? O czym myślą katolicy - gdy ich Pasterz rezygnuje?
Z jednej strony zapewne współczucie i modlitwa za zdrowie schorowanego człowieka, który nie ma sił aby nieść swój krzyż.
Z drugiej jednak - wielkie rozczarowanie, smutek, poczucie porzucenia. Szczególnie gdy Kościół na całym świecie przeżywa kryzys, atakowany jest z wielu stron, przyznać trzeba - nie zawsze nie bez powodu. W takiej sytuacji, jego lider odchodzi. Poddaje się - brakuje mu sił aby poradzić sobie z problemami. Czy taka postawa jest zgodna z oczekiwaniem i wielkimi nadziejami pokładanymi w papieżu? Czy to zachowanie determinowane wzorem z Chrystusa, który też po wielokroć opadał z sił ale wytrwał do końca?
W wielu potężnych firmach, światowych organizacjach często dochodzi do takich sytuacji - gdy top manager mówi stop, rezygnując zamyka swój rozdział, dając okazję do działania innym, często młodszym, bardziej otwartym na świat i zmiany.
Jednak Kościół to nie korporacja, choć pewnie wielu jego antagonistów dostrzega w nim korporacyjne cechy. W Kościele nie ma managerów - jego liderzy, włącznie z tym najważniejszym, papieżem - to pomazańcy boży, uświęceni łaską Ducha Świętego do tego aby wiernym i Kościołowi przewodzić ale i służyć. Na tym zbudowany jest gmach Kościoła od wieków.
Wierni mają prawo od nich oczekiwać siły oraz mądrej wytrwałości w rozwiązywaniu doczesnych problemów tego świata. Zawierzają nauce swojego lidera, jego nauczaniom, częstokroć oddając swój los papieskim wskazaniom.
I oto teraz, w tak trudnym momencie - ich lider mówi "dziękuję, przepraszam - odchodzę". Uzasadnia to swoim - jestem słaby, nie mam sił kierować sprawami Kościoła. Nie chcę przewodzić arce, chce w spokoju, ciszy i komforcie dożyć swych dni.
Wybiera swoje "ja", przedkładając je nad wszystkich, którzy mu zawierzyli. Opuszcza swoje owce, szczególnie teraz, w tych trudnych czasach narażając je na ataki wilków.
Czy powinien pozostać z nimi do końca? Czy wzorem poprzednika powinien trwać, iść aż tchu wystarczy?
Gdyby był prezesem wielkiej światowej korporacji pewnie jego decyzja mogłaby być uznaną za w pełni racjonalną. Jednak papież to nie top manager, papież to współczesny św. Piotr, to Skała, która ma trwać...
Cóż to za Skała, która skruszała, zmęczona rezygnuje...może to i ludzkie, może ma w sobie rys antycznej tragedii, ale czyż samo papiestwo - na przestrzeni wieków, nie zrobiło wiele aby postrzegać je w kategoriach wyłącznie boskich?
Więc jak teraz wierni z tym dysonansem mają sobie poradzić?