
W swoim życiu zawodowym uczestniczyłem lub obserwowałem wiele projektów, które startowały z wielką pompą, a po kilku zrywach umierały w zapomnieniu lub trwały nie realizując swoich zadań. Takim typowym polskim przedsięwzięciem, które przynosi same straty jest reprezentacja Polski. Ostatni znaczący sukces zanotowaliśmy w 1992 roku. Od tamtej pory przegrywamy na boisku i przede wszystkim jako firma.
REKLAMA
Wciąż uważam, że nic gorszego nie mogło nam się przytrafić, jak Franciszek Smuda obejmujący kadrę przed Euro 2012. Wtedy nie zrealizowaliśmy realnego i adekwatnego do naszych możliwości celu czyli wyjścia z grupy. Oczywiście "Franz" był decyzją jednego z największych szkodników w polskiej piłce, Pana Grzegorza, a jego wybrała grupa skorumpowanych dyletantów, którzy od lat siedzieli i decydowali o najpiękniejszej dyscyplinie sportowej w historii ludzkości.
Jasnych punktów na przestrzeni dwudziestu lat trudno szukać, zaliczę do nich styl, który niewątpliwie cechował ekipę Engela. Po eliminacjach i na samym turnieju w Korei było już gorzej, ale wydawało się, że coś się rodzi. W Niemczech niestety zostaliśmy zweryfikowani, zresztą jak cztery lata wcześniej i przyszedł Leo. To był drugi promyk nadziei, facet z doświadczeniem, znający futbol z najwyższej półki i pełen wskazówek , które mogły być wdrożone na poziomie szkolenia. Holender miał świadomość, że sam nie pomoże zbawić polskiej piłki, ale zachęcał do reform. Został wyrzucony, bo powodował kompleksy u decydentów w PZPN, na czele z człowiekiem, Panem Piechniczkiem, który był selekcjonerem w czasach, gdzie decydowały indywidualności i tutaj dotykamy przyczyn niepowodzeń.
Dzisiejszy futbol już w takim stopniu nie zależy od Maradony, Zidane'a i innych. To gra polegająca na dopasowaniu elementów układanki, opracowaniu różnych wariantów czytaj taktyki i dobraniu wykonawców. Nie jest przypadkiem, że nad sposobem gry pracują całe sztaby ludzi, a futbol stał się nauką ścisłą. Każdy otrzymuje swoje zadania i jest rozliczany z ich wykonania. Wszystkie działania muszą prowadzić do osiągnięcia celu czyli zwycięstwa, awansu itd. Dokładnie jak w projekcie.
Niestety szef projektu wybrany jeszcze za kadencji starego prezesa nie może odnaleźć się w tym obcym międzynarodowym środowisku. W poprzedniej firmie był gwiazdą, nazywaną przez pracowników "King" ale było to w małej lokalnej kompanii, działającej na specyficznym rynku, która nie wytrzymuje konkurencji z potentatami.
Plusem było to, że nowy PM dostał w większości kompetentną kadrę, która jest angażowana na zagranicznych kontraktach i ma papiery na powodzenie planu. Niestety zgrupowanie tylu ciekawych jednostek w jednym miejscu nie powoduje sukcesu, wręcz przeciwnie, chaos i zwątpienie w ich umiejętności. "King" okazał się sympatycznym gościem z archaicznego przedsiębiorstwa, którego przerosło nowe wyzwanie. To nie jest wina polskiego managera, nie miał szans na rozwój, bo przez kilkadziesiąt lat jego szefowie nie robili nic, by powalczyć na innych rynkach i przygotować pracowników do pracy na wyższym poziomie.
Projekt przyniósł już ogromne straty, nowy GM chyba to zauważył. Szczególnie podczas spotkania z przedstawicielami tzw. small business.
Na końcu, ale tak naprawdę na pierwszym miejscu są Klienci, którzy mimo wielu wad związali się z produktem, wybaczają kolejne błędy, wierzą w nowe wersje. Mają prawo być źli, mogą gwizdać na pracownika, który przepracował wiele lat, a zachowuje się jak junior w pierwszym dniu pracy.
Osobiście jako wieloletni obserwator tego biznesu, nie widzę znaczących zmian w projekcie i konsekwentnie realizowanego planu naprawczego. Oczekuję fachowców. Niech ktoś odpowiedzialny zacznie to składać!!!
PS Na Narodowym mój Jaś prawie zasnął, a następnego dnia pamiętał, że jadł popcorn :(
