
Pomysł, który w konsekwencji przerodził się w poważny projekt wciąż cieszy się poparciem w islandzkim społeczeństwie. Jón Gnarr sprzeciwił się establishmentowi i zdobył wyborców. Chciałbym, aby w Polsce narodził się taki oddolny ruch, który zgodnie z zasadami poważnej debaty zmieni obraz sceny politycznej.
REKLAMA
Zacznijmy od początku...
Po 1989 r. zapanowała wolna amerykanka i polską scenę polityczną z jednej strony zaczęli zasilać dawni działacze opozycyjni, zasłużeni w walce podziemnej, ale nie do końca przygotowani merytorycznie. Ponadto ludzie, którzy stali po ciemnej stronie mocy oraz wielu przypadkowych hochsztaplerów. Generalnie panował wielki bałagan i karuzela w kolejnych wyborach. Specjalistów od projektów i prawdziwych think tanków nie można było znaleźć w żadnym ugrupowaniu.
W XXI wieku system partyjny zaczął się stabilizować i widoczna dzisiaj polaryzacja polskiego społeczeństwa została wykorzystana przez Platformę Obywatelską i PiS. Niestety wyczekiwana równowaga na wzór zachodnich partii nie przyniosła poprawy jakości oferty dla Polski czyli programów z akcentami gospodarczymi, technologicznymi i cywilizacyjnymi, bardziej dominuje retoryka ideologiczna. Pan Donald Tusk i Jarosław Kaczyński wkroczyli na trybunę i zdefiniowali głównego wroga. Ten stan trwa do dzisiaj i sprawia, że polityką brzydzi się coraz więcej moich rodaków.
Problem polega na tym, że wspomniane partie polityczne tworzą wciąż ci sami ludzie z rodowodem opozycyjnym zorientowani na walkę na płaszczyźnie jedynie samego posiadania władzy. Oczywiście w ostatnich latach na najwyższe stopnie wchodzą młode wilki takie jak Hofman, Błaszczak, Raś, których cechuje oddanie liderom, ale jednocześnie brak wiedzy strategicznej, wizji i przede wszystkim klasy. Cechą wspólną młodych polityków jest "wyszczekanie" i deptanie autorytetów. Oni są jeszcze słabsi intelektualnie od swoich szefów. Nie wspomnę już o takich "kwiatkach" jak agent Tomek.
Gnarr w Islandii odnosi sukcesy jedynie na poziomie lokalnym, ale sama inicjatywa i efekty jego pracy budzą szacunek. W kraju o wiele bardziej wyważonym niż Polska, gdzie decyzje podejmuje się racjonalnie, a nie pod wpływem emocji wygrało nowe rozdanie i zaufanie do nowego definiowania polityki. W Polsce brakuje mi takiego człowieka, który stworzy i uczyni z partii politycznej coś na kształt firmy Apple, gdzie idea, służba będzie mocno związana z wiedzą i wizją przyszłości. Natomiast w samorządach powinni zacząć się przebijać prawdziwi społecznicy. Obecnie przegrywają z machiną partyjną, na samych przedstawicieli dużych partii nie możemy liczyć, to lojalni żołnierze wyposażeni w dyrektywy partyjne.
Dzisiaj Polacy z jednej strony nie potrzebują fantazji smoleńskich, bredni typu kondominium rosyjsko-niemieckie i nieodpowiedzialnych występów Pana Kaczyńskiego na Majdanie. Przy tej okazji widać, jak prezes nie chce znać historii i zasad polityki zagranicznej. To przede wszystkim interesy, a nie manifestowanie poparcia bez względu na konsekwencje.
Z drugiej strony statystycznego, wykształconego obywatela naszego kraju nie ruszają bajki o wydawaniu funduszy europejskich, które są ściśle kontrolowane przez Brukselę i nie stanowią wielkiego wyzwania, a jedynie wymagają kilku rozsądnych ludzi, takich jak Pani Bieńkowska. "Grzebanie" w naszych emeryturach bardziej jest wynikiem zalepiania dziur niż częścią mądrego planu. Premier Tusk nie rozumie, że zarządza przedsiębiorstwem, które nie zostało poddane restrukturyzacji i nie ma żadnego pomysłu na rozwiązywanie problemów. Kardynalny błąd polega na otaczaniu się ludźmi wątpliwymi merytorycznie takimi jak Pani Mucha, teraz Biernat. Krótkowzroczność będzie kosztować bardzo dużo samego szefa rządu i jego Platformę.
Ostatnia sytuacja z Grzegorzem Schetyną pokazuje, że syndrom oblężonej twierdzy działa i lider, który czuje, że amunicja typu "PiS jest największym zagrożeniem" przestaje działać na wyborców zaczyna otaczać się wierną świtą. Z Pana Grzegorza nie będę robił pokornego baranka zainteresowanego tylko doradzaniem i działaniem na rzecz PO, ale cała sprawa pokazuje premiera RP jako człowieka skutecznie eliminującego opozycję wewnętrzną, ale nie wizjonera i męża stanu, który czerpie od innych i rozumie problemy przyszłości. Pan Donald Tusk przestał być PR-owy i zaczął być przerażonym szefem z błędnym pojmowaniem zarządzania.
Marzę o projekcie "Najlepsza partia" w Polsce, o grupie zdolnych ludzi, którzy za swoje dotychczasowe osiągnięcia w biznesie i nauce zasilą szeregi takiej formacji. Elitarność będzie polegała na tym, że tak, jak do firmy Jobsa mogą się tam dostać najlepsi. Nie chcę w takiej partii przesadnej roli ideologii. Sprawy takie jak związki partnerskie powinny być wynikiem kompromisu racjonalnie myślących parlamentarzystów. Pamięcią historyczną powinien zajmować się Prezydent RP. Oczywiście, że łatwo o tym napisać, trudniej zrealizować, ale Islandczycy dali znak, że trzeba wybrać inaczej.
Miałem marzenie...
