Pierwotnie wpis miał w całości opiewać Wielkie Gówno, czyli spotkanie Górnika Chorzów z Ruchem Zabrze, znienacka dopadła mnie w trzewiach niemoc wielka, a że akurat gdzieś pomiędzy śledzioną a wątrobą należy szukać inspiracji dla hałaburdowych popisów dziarskich kolesi toteż daruję sobie rozwlekłe gawędy…
REKLAMA
Zrazu zaatakowali biali organizując sobie schadzki po lewej stronie niebieskich. Sekcja dęta białych miała wystarczająco pojemne płuca, by przegonić zuchwale departament obrony miejscowych. Przewaga nie została skonsumowana – skończyło się na strachu i kilku uderzeniach z większego dystansu.
Z czasem gra wybiła zęby wyrafinowanym taktycznym założeniom dzięki czemu było na co popatrzeć, gra przenosiła się spod jednej bramki pod drugą i przez chwilę pomyśleć można było, że to wcale nie jest polska liga. Natężenie zrobiło tak treściwe, że w momencie katastazji „Ecik” rzucił meduzę pod nogi bramkarza gości, ten uzbrojony zawczasu w lornetę wychwycił jednak skórzaną kulę i szansę diabli wzięli.
W drugiej odsłonie emocje postępowały w ciągu geometrycznym i gdy zdawało się, że ubiegający się o tytuł znaleźli wreszcie locus minoris resistentiae rozentuzjazmowana publiczność w niepohamowanym rezonansie na dziejące się ekscytacje postanowiła dla wytchnienia zafundować dodatkowy antrakt. Im wszystkim dedukuję poniższe:
Kury – Kibolski
gdy za którymś razem udało się wznowić grę na dobre trybiki machinerii, tej niebieskiej, przestygły na tyle, że rozruszać już się ich nie dało, tym bardziej, że odpadały kolejne uszkodzone koła zębate. Klamrą była więc kontrola białych przecież jednak skąpo korzystająca ze wspomnianej bonifikaty i ostatecznie gole nie padły.
Derbowo zrobiło się w Europie na tyle, by jeszcze słówkiem o tym zagaić.
Najpierw na Veltins-Arena zmierzyli się przodownicy futbolu ze Północnej Westfalii. Mecz nie był porywającym widowiskiem, i gdyby nie dwie drobnostki rychło zająłby miejsce w niepamięci. Te drobiazgi to uroczy wytwór fantazji Piszczka Łukasza (ale były ładniejsze tego dnia) oraz niemal pieczęć na kolejnym tytule klubu z Dortmundu. No cóż, trzeba jakoś z tym żyć… Degustacja kolejnej konfrontacji lokalnych rywali, przejawianej w kategorycznych formach (cegły, transparenty, pożar, eskortowanie piłkarzy Kolonii, pirotechnika, alert bombowy, czyli jak na to spotkanie, całkiem spokojnie…; pierwszy raz od dawna obyło się bez aresztowań, a jakieś przepychani miały miejsce w pociągu jedynie) niewiele przyjemniejsze. Upokarzanie „Kozłów” trwa już kilka lat (od ostatniego ich triumfu z 2008 roku bilans gier bezpośrednich druzgocący na korzyść BMG: 5-2-0 20:4!!!), a miejscowi tylko potwierdzili, że nie ma dla nich łatwiejszego rywala niźli zespół z Kolonii. To musi rujnować ego, ta świadomość, że akurat z odwiecznym, lokalnym rywalem dostaje się najbardziej po łbie… Tym razem szczególnie doskwierać musi, skoro Borussia ewidentnie naciąga własną grę jak się da, udaje i ściemnia żeby jakość doczłapać się do eliminacji Ligi Mistrzów (co przy ich ubytkach faktycznych i zapowiadanych może skończyć się totalną klapą a jednak nie słychać idiotów skomlących, by w takim razie upchnąć na ich miejsce Wisłę, czy klub z Poznania, yyy, to znaczy Leverkusen lub Stuttgart), z kolei Kolonia realizuje przewidywany przeze mnie scenariusz i zamierza spaść bezpośrednio. Dziwne mam wrażenie, że zanim zabrzmi pierwszy gwizdek w hicie zbliżającej się kolejki niemieckiej ligi, „Kozły” osiągną swój cel i wylądują na miejscu przedostatnim i, do diabła, trudno sobie wyobrazić, by byli w stanie się z niego wykaraskać (to już prędzej uwierzę, że Borussia Mönchengladbach drugi rok z rzędu popsuje uroczystości klubowi z Dortmundu). Swoją drogą ta cała Kolonia to taka trochę niemiecka wersja Cracovii. Trzy lata ślizgają się jakoś, uporczywie tłocząc w okolicach spadku łapiąc oddech dopiero u zmierzchu rozgrywek; rok po roku szlifują nieudolność defensywną (od powrotu do 1.Bundesligi stracili równo 200 goli, czyli 1,5 na mecz!!!) i chyba najwyższa pora z tej ligi spaść (na nieszczęście Borussii, zawsze było to sześć punktów). A że kasy puste mało realne, by rejterowali z niższej klasy akurat w kierunku pożądanym…
Ciekawostka. Sprawdziłem, jak prezentowałaby się jedenastka marzeń Bundesligi wg not „Kickera”, miło, choć w pewnych miejscach zaskakująco…
Leno, Bernd - Piszczek, Łukasz, Hummels, Mats, Brouwers, Roel, Badstuber, Holger - Ribery, Franck, Kehl, Sebastian, Schweinsteiger, Bastion, Błaszczykowski, Jakub - Reus, Marco - Lewandowski, Robert.
Leno, Bernd - Piszczek, Łukasz, Hummels, Mats, Brouwers, Roel, Badstuber, Holger - Ribery, Franck, Kehl, Sebastian, Schweinsteiger, Bastion, Błaszczykowski, Jakub - Reus, Marco - Lewandowski, Robert.
Ostatnio zrobiłem się strasznie gadatliwy o Gambrinus Lidze, dlatego tym razem krótko, króciutko. Biedna Bohemka idzie w ślady Kaiserslautern i już w szesnastu kolejnych meczach nie potrafiła sięgnąć po pełną pulę, w tym czasie gromadząc ubogie trzy punkty. Wiele wskazuje, że sposób absurdalny i żenujący opuszczą szeregi czeskiej ekstraklasy…
W Ołomuńcu bohatersko walczą podopieczni Petra Uličného, co tym razem skończyło się egzotycznym 4:4 z rewelacją ligi, 1.FK Příbram. Akurat ta rewelacja sprawia tyle frajdy, co sukcesy Amici Wronki, czy innego Sokoła…
Do sensacji doszło na Žižkově, gdzie w starciu obu Viktorek nie doczekano się goli. To bolesna strata, naturalnie dla obu drużyn (miejscowi łudzą się jeszcze utrzymaniem), ale bardziej jednak dla starego mistrza, skoro okazji do odrabiania strat zbyt wielu może już nie być.
A ta była wyborna, bo punkty straciła Sparta. Jak oczekiwałem, kolejny raz musiała potknąć się na Teplicach. Tym razem i tak wyszli z tego z twarzą, a Leonard Kweuke pewnie i z nagrodą dla najładniejszej bramki sezonu.
Dzisiaj szalenie emocjonujące zawody w Ostrawie. Podopieczni Radka Látala postarają się wyściubić głowę ponad toń degradacji, tylko, że Slovan Liberec ma całkiem inne plany – wrócić na fotel lidera.
Wszystkie bramki ligi czeskiej można zobaczyć TUTAJ.
