http://bleacherreport.com/articles/559728-funny-football-picture-from-around-the-world

Jeszcze runda gier nie wyczerpała wszystkich ofert, ale wypada podzielić się kilkoma refleksjami. Gdy dwa lata temu Fornalik osiągał niebywały rezultat z Ruchem wydarł trzecie miejsce 53 punktami. Chociaż nie, słowo wydarł jest całkiem niewłaściwe, w kończących sezon trzech spotkaniach zdobył zero punktów, czyli nie zdobył nic.

REKLAMA
Dzisiaj sytuacja niejako się powtarza, chociaż finisz, po ŁKS’ie, już jest lepszy. Wtedy pofarciło się, bo kumpel Fornalika, Maciej Skorża, tak przygotował własną ekipę, że w końcówce zgromadziła aż jedno oczko. Jak widać jeden i drugi popełniają te same błędy, albo inaczej, zdając sobie sprawę z kim muszą pracować, wycisnęli z nich ile się dało, ale tuż przed napisem the End ich zespoły zdechły, bo zdechnąć musiały (taki koszt osiąganych wyników).
Fuksiarskie brązowe medale; za 53 punkty. Przy pewnym zbiegu okoliczności w tym roku tyle może dać mistrzostwo kraju. W Niemczech mogliby nasi liderzy porozpychać się o udział w eliminacjach LM, w Czechach walczyliby o czwarte miejsce, w Anglii, żeby w ogóle wskoczyć do pucharów. W innych ligach może byłaby i czołówka, ale nie oglądaliby nawet pleców faworytów do triumfu, wiedzieliby tylko, że byli kiedyś w tym miejscu, w którym oni się znajdują, prawdopodobnie jakieś dwa, trzy miesiące temu…
Jedna jedyna Legia ma szanse ugrać dwadzieścia punktów z czwórką outsiderów, co w innych ligach jest obowiązkiem, jeśli zamierzasz walczyć o najwyższe laury. OK., klub z Dortmundu tylu nie uciułał, ale po pierwsze w Niemczech jest o tych kilka meczów więcej, a zatem jest kilka okazji więcej, by się odkuć, poza tym, do licha, chłopcy Kloppa zrobili wielki Gang Bang czołówce ligi (stracili tylko dwa punkty z Borussią).
A w pozostałych ligach? Schodzisz poniżej tych dwudziestu punktów i masz duuuży problem. Kilka ekip jeszcze tego pułapu nie osiągnęło, jeśli tego nie zrobią raczej pożegnają się z mistrzostwem. I to samo czekałoby Legię, gdyby nie jej rywale, kompletnie zagubieni, pokraczni, albo niecierpliwi. Żadna drużyna nie jest na tyle wyrachowana, by chociaż na bezczelnego zagrać; walimy gola na jeden do zera i dajemy radę tak uprzykrzyć konkurentowi życie, tak niszczycielsko kontrolować grę, że rywal nie zrobi sztycha. Nic z tych rzeczy, naszych milusińskich może załatwić każdy, o każdej porze i byle gdzie. Taka Jagiellonia miała jeszcze w sobotę zaledwie sześć przywiezionych z delegacji punktów, ale to przecież żaden argument, by nie powalczyć u lidera… Zabawne, Jagiellonia wciąż jest najsłabszą ekipą wyjazdową; jest nią między innymi dlatego, że drużyny z miejsc 15 i 14 tej klasyfikacji również punktowały w stolicy.
Wszyscy, może najmniej klub z Wielkopolski, ale jednak wszyscy dają ciała u siebie. Walcząca o mistrzostwo pierwsza piątka ma łącznie piętnaście wtop na własnych śmieciach, a jeśli doliczymy do tego remisy, których jest tyle samo, to znaczy, że łącznie rozdały 75 punktów!!! W Niemczech 15-10 (65), w Anglii 14-10 (58), we Francji 19-9 (65), najbardziej zbliżony poziom strat jest w Hiszpanii (13-14, 68) i we Włoszech (24-12, 84), ale przecież tam rozgrywa się znacznie, znacznie więcej kolejek… No, jeszcze są Czechy, z bilansem 12-16 (72) nie mogą za bardzo fikać, świetnie, tylko wyjazdowy bilans jest już absolutnie imponujący. A u nas? Nie ma specjalnie różnicy, gdzie grają, jak mają oberwać w tytę to zbiorą, bez obaw. Zbiorą, bo cała tajemnica naszej ligi polega na tym, kto wbije gola jako pierwszy. Doskonały zwrot zdarzył się w tej tandetnej lidze zaledwie czternaście razy, a już prawdziwymi mistrzami modelowego odrabiania strat są Korona i pupile Wojciechowskiego – trzykrotnie zwyciężali tracąc bramkę jako pierwsi. A więc kto pierwszy wznosi okrzyk „goool, k…!, gol, haha!” najczęściej gromadzi komplet punktów. Trochę nędzna taktyka, ale jeśli piłkarz ekstraklasowy, ekstra ma wyłącznie fryzurę, furę lub buty, a dośrodkowanie z bocznej strefy przekracza jego możliwości to nie dziwi, że jakości na naszych boiskach brakuje (taki Widanow na kilkanaście prób pozwolił partnerom powalczyć o piłkę ze dwa razy…). Bez przechwalania się, ale gdybym ja miał taką celność zagrań, jak nasi ligowcy, kumple dziwnym trafem zapominaliby gdzie mieszkam za każdym razem, gdy mieliby ochotę pokopać piłkę.
Ale przynajmniej będziemy się emocjonować do samego końca, kto tym razem da ciała…