
To niewiarygodne, ale obijałem się aż trzy tygodnie, dokładnie tyle minęło od ostatniego wpisu, w tym czasie Rosja zdążyła zwyciężyć w Mistrzostwach Świata Dywizji A w hokeju na lodzie, Ľubomír Guldan, którego kiedyś tak nieudolnie kaperowały Ruch Chorzów i Cracovia zadebiutował w reprezentacji Słowacji, a w okolicach Gliwic uruchomiono bramki na autostradzie A4 co skutecznie wprawiło kierowców w furiacki śmiech nad niedorzecznością doczesnych spraw.
REKLAMA
Naturalnie, wcale nie zbijałem bąków, tylko co z tego, skoro całkowicie zaniedbałem własnego bloga. Jak tylko siadałem, by nabazgrać jakiś tekst, coś (lub ktoś) odrywał mnie, odurzał, a gdy wreszcie wracałem, okazywało się, że temat jest już przemielony, zdezaktualizowany, nieatrakcyjny… Tak, czy siak, czuję się nieco, jak Pat i Mat, fraternizujący się nieudacznicy, ostatnio dorabiający w roli maskotek reprezentacji Czech. Wypada jednak wreszcie coś napisać, będzie więc trochę o tych zapomnianych momentach i słówko o najważniejszej imprezie piłkarskiej tego roku – słowem polski bigos.
Zanim wszystkich ogarnie gorączka Euro, przyszło przemęczyć się ostatnimi sparingami; zdecydowanie najtrudniejszy test-mecz rozgrywał Andrzej Juskowiak; odniosłem wrażenie, że za każdym razem, gdy tak głęboko wzdychał, ukrywał tym niewypowiedziane „Darek, skończ już wreszcie p…ć!”. Poza tym, dość poważnie zapaskudzili sobie ostatnie dni przed rozpoczęciem turnieju Czesi, Włosi i Portugalczycy. To żaden dramat, dramat to dotknął Polonię Bytom, która zaliczyła kolejną degradację, rok po roku, zaliczyła w okolicznościach wielce nieszczęśliwych, gdyby nie to cholerne kopnięcie Oleksego… chyba ten właśnie moment złamał ostatecznie ducha podopiecznych Fornalaka. Ale Bytom nie raz przeżywał trwożne chwile po jakimś kopnięciu, chyba najbardziej po jednym z pierwszych w ogóle, bombardier Vowerka mógł całkiem w niwecz obrócić marzenia Bytomia o grze w piłkę; zawsze jednak radzono sobie z podobnymi problemami, wierzę, że i obecne są jedynie przejściowe, i szybciej niż niektórym się zdaje Polonia (a później również Szombierki!) wróci na należne miejsce. Zresztą, nie do końca wszystko stracone, bo bajzel z licencjami karze jeszcze wstrzymać oddech. To trochę, jak w Czechach, gdzie licencję na grę w pierwszej lidze otrzymały kolejno 2, 4 i 10 drużyna drugiej ligi, i kto wie, być może mistrz zaplecza Gambrinus Ligi z Usti wcale nie awansuje.
Tak więc, trzy nacje mają pretekst by narzekać, ale tak naprawdę to chyba tylko dwie; Czesi nie zagrali tak dramatycznie, by oddać walkowerem całą zabawę. Madziarom się przyfuksiło, wpadło właściwie wszystko, co leciało w kierunku bramki Čecha, no i masz ci babo placek, wtopa na pożegnanie z własnymi kibicami stała się faktem. Ale, jak wspomniałem, Czesi nie mają się co przesadnie zamartwiać. Wraca do zdrowia Rosický, a to tak, jakby do miejskiego wozu wsadzić silnik z rajdowego; pozostali zaprezentowali cechy typowe dla siebie, co w przypadku jednych oznaczało cmokanie z zachwytu (Pilař, Jiráček, Gebre Selassie), a w przypadku innych żałosne politowanie (Hubník, Baroš). Jan Rezek nurkował w polu karnym tak ze cztery razy, tym razem bez powodzenia, ale nie zdziwię się, jeśli na Euro któryś z arbitrów da się na to nabrać, bo, co, jak co, rozwinął się chłopak w tej dyscyplinie. Pisałem poprzednią razą o czeskich kłopotach ze stoperami, trener Bílek postanowił rozwiązać je ostatecznym przesunięciem na środek Kadleca; pozornie może dziwić takie rozwiązanie, ale tylko tych, którzy nie poznali się jeszcze na popisach alternatywy z berlińskiej Herthy – brat byłego napastnika Legii tradycyjnie zawalił gola, a mógł jeszcze jednego; grupowi rywale pewnie odczuwają rozczarowanie, że połapano się w tym akurat w porze na to najwłaściwszej… Pamięć o porażce z Węgrami została zresetowana wspaniałym przywitaniem przez wrocławskich fanów futbolu – cmokają nasi południowi sąsiedzi, cmokają z zachwytu! Piękne przywitanie na dworcu, fantastyczna atmosfera podczas otwartego treningu, wszystko gra jak w zegarku, naprawdę, piłkarze i trenerzy przeżywają miły szok rodzajowy:
Mówiłem sam do siebie, ech, gdyby chociaż tylu kibiców chodziło na naszą ligę, byłoby Ok. Dla mnie było to bardzo miłe zaskoczenie – wyznał David Lafata, król strzelców GL.
Nieco inne doświadczenia ma Tomaš Sivok, co nie znaczy, że i na nim nie zrobiło to wrażenia:
Atmosfera jest tu milsza niż w Austrii [nawiązanie do Euro 2008 – MK], gdzie pojawiło się zaledwie kilka osób i nawet nie odczuliśmy, że jesteśmy na mistrzostwach. Spokoju mieliśmy już wystarczająco dużo. Właśnie dla takich chwil walczyliśmy całe kwalifikacje, nie możemy się już doczekać, kiedy to się zacznie!
Czesi do faworytów nie należą, przecież zawsze wybornie prezentowali się w walce o dominację na starym kontynencie d;atego jestem o nich spokojny, dadzą się we znaki każdemu, kto im się napatoczy. I jeszcze jedna drobnostka, ostatni raz na wielkiej imprezie zabrakło w ich kadrze choćby jednego piłkarza ze Sparty Praga w 1976 roku, nie musze chyba niczego dodawać…
Znacznie, znacznie bardziej ciśnienie podskoczyło w Italii i na Półwyspie Iberyjskim. Włosi całkiem już się pogrążyli, bo do kolejnej afery korupcyjnej doszła jeszcze klęska z Rosjanami; jasne, wynik nie odzwierciedlał przebiegu gry, stanowczo za wysoki, a jednak, akurat w tym momencie Squadra Azzurra sypie się jak domek z kart. Będzie więc albo spektakularna klapa, albo równie szokujący sukces;) Natomiast Ronaldo i spółka chyba coraz bardziej upodobniają się do Hiszpanii, tyle że tej sprzed ery del Bosque – grają jak nigdy, przegrywają jak zawsze. Kwintesencją problemów Portugalczyków był ostatni, trzeci gol stracony w spotkaniu z Turcją - tylu błędów w jednej akcji nie oglądałem od zakończenia T-Mobile Ekstraklasy!!!
Skoro są tacy, którym nie do śmiechu, to dla równowagi muszą być i tacy, którzy z nadmiaru radości bez znaczenia mogą obrosnąć w piórka. Wiadomo, w pierwszej kolejności grozi to Holendrom; tym samym, którym kibicują od 1988 roku, i dokładnie tym samym,którzy mają problem z jednym odwiecznym rywalem – Holandią. Tajemnicą poliszynela jest, że jeśli coś tam zgrzyta pomiędzy szatnią, hotelem a boiskiem treningowym, to na sukces nie ma żadnych szans, a zgrzyta niemal zawsze... Setkę za powodzenie na Euro mogą spokojnie wychylić Rosjanie; ich imponująca wygrana nad silną ekipą Włoch musi pozostawić ślad w każdej wyobraźni. Mecz, jak już wspomniałem, wcale nie był jednostronny tym większa należy się atencja, bo wygrywanie właśnie takich spotkań jest najwyższą ze sztuk. Co mnie szczególnie uderzyło to niesamowita łatwość w przechodzeniu do szybkiego ataku, i wcale nie musi być on, ów szybki atak, rozpoczęty jakimś błyskotliwym przechwytem. Zauważyliście? Bramkarz rosyjski błyskawicznie wznawia grę, żadnych siedmiu sekund, maksymalnie dwie; jak tylko piłka znalazła się pod jego kontrolą natychmiast via ręka wędrowała do partnera z linii pomocy, i to nawet w całkiem spory tłok! Zdezorientowani Włosi najczęściej przegrywali pojedynki w tej strefie i momentalnie łapani byli na sytuacji, w której większość ich graczy była za linią piłki! Jeśli ktoś pominie ten detal może od Rosjan oberwać nieźle po łbie. W takim wydaniu dzieci Advocaata są murowanym faworytem do awansu z grupy, jeszcze większym niż był Piast Gliwice przed rundą rewanżową. Gliwiczanie, będąc w czubie tabeli mieli przed sobą niemal całą rundę na własnym stadionie; to musiało tak się skończyć i w efektowny sposób, choć nieco bardziej wyboisty niż spodziewać by się mogło, zdobyli promocję do ekstraklasy. Niepokoić musie jednak, że „Niebiesko-Czerwoni” tracą tak wiele bramek – jeśli w drugiej lidze tracisz 40 goli, to możesz być pewien, że tacy goście, jak Wolski, Piech, czy Mila będą zacierać ręce na myśl o graniu z tobą. Poprawa jakości i wzmocnia, to priorytety z którymi musi zmierzyć się Marcin Brosz jeśli nie chce stać się łatwym celem dla otrzaskanych w lidze...
Trochę mniej eksponują swoje atuty najwięksi faworycie Mistrzostw Europy. Zarówno Niemcy, jak i Hiszpanie mają najwyraźniej czkawkę; po sromotnym 3-5 z „Helwetami” (na ofiarę mianowano ter Stegena, według mnie niesprawiedliwie) zagotowało się w ekipie Löewa. Pewny krok, którym wzbudzali zachwyt, stracił rezon i nagle mianowanie ich czempionami nie jest już takie oczywiste. Hiszpanie od jakiegoś czasu borykają się z problemem przejedzenia (sukcesami), a w ostatniej grze tylko geniusz Iniesty pozwolił nie upominać się o skuteczność. I w ten oto sposób cichaczem o swoje może upomnieć się niedoceniana Francja...
Szczęście, ono może również odegrać jakąś rolę. Szczęście jednych najczęściej oznacza nieszczęście innych. Na kilka dni przed rozpoczęciem turnieju można w ciemno typować, że największym pechowcem zostanie Arjen Robben. Przećwiczył tę rolę wystarczająco często, by sprawnie się z niej wywiązać. Ale być może wyciągnął właściwe wnioski (na przykład takie, by nie zabierać się za wykonywanie rzutów karnych) i to go wzmocni? W nieszczęściu można czasem znaleźć coś pozytywnego. Najlepszy przykład mamy za południową granicą, Bohemians Praha wprawdzie spadła do drugiej ligi ale, paradoksalnie, właśnie dzięki temu znów będzie mogła rozgrywać swoje mecze na tym niezwykłym, legendarnym obiekcie – Ďolíčku. Jeśli chcecie się dowiedzieć dlaczego legendarnym to zapraszam do lektury, pierwsza część i druga syntetycznie opisują jego dzieje, a tutaj osobiste wrażenia, porównywalne co najwyżej do widowiska Człowieka Widmo;) Swoją drogą kusi, by ponownie go odwiedzić, a kilka fajnych meczów się szykuje, na przykład derby z Žižkovem, albo ze Zbrojovką Brno (jeśli ta nie „awansuje”), no i naturalnie z FC Sku.veny Kapr!
Szczęście... Szczęście to trzeba mieć nawet do sędziów; poprzednie i jedyne jak do tej pory Mistrzostwa Europy z udziałem reprezentacji Polski zapamiętane zostały nad Wisłą głównie z powodu Howarda Webba. Sądzę, że natężenie wulgaryzmów po słynnym gwizdku w końcówce spotkania z Austrią przekraczało wszelkie możliwe normy. Ale to jeszcze nic. Bywały przaśniejsze wybryki tego specyficznego gatunku, jakim są arbitrzy. Wyobraźcie sobie taką sytuację, jest rok 1938, rozgrywki okręgowe (Kreisklasse) w Saksonii. Końcówka spotkania, wynik kompromisowy, 3-3. Jeszcze jeden zryw, bo jednak każdy chce przechylić szalę na swoją stronę, strzał , gol! I w tym momencie liniowy spogląda na zegarek, ups, po czasie, panowie, to było już po czasie! Główny nieco zgłupiał, ale, właściwie skoro po czasie to gola anulujemy! Końcowy wynik pozostał niezmieniony, 3-3. Awantura na całego, bo przecież gwizdka nie było, akcja rozegrana prawidłowo! Odwołania, pisma, posiedzenia, ale zarządzający rozgrywkami Kreissportwart po zbadaniu sprawy przyznał rację sędziemu! Na odchodne zapytał jeszcze, jak to u diabła się stało, że za kontrolowanie czasu odpowiedzialny był liniowy? Z rozbrajającą szczerością sprawca całego zamieszania oznajmił, że przekazał zegarek bocznemu bo... u niego na ręce na pewno, by zamarzł! I jakbyście zareagowali na taką hecę?;>
Tak więc, trzy nacje mają pretekst by narzekać, ale tak naprawdę to chyba tylko dwie; Czesi nie zagrali tak dramatycznie, by oddać walkowerem całą zabawę. Madziarom się przyfuksiło, wpadło właściwie wszystko, co leciało w kierunku bramki Čecha, no i masz ci babo placek, wtopa na pożegnanie z własnymi kibicami stała się faktem. Ale, jak wspomniałem, Czesi nie mają się co przesadnie zamartwiać. Wraca do zdrowia Rosický, a to tak, jakby do miejskiego wozu wsadzić silnik z rajdowego; pozostali zaprezentowali cechy typowe dla siebie, co w przypadku jednych oznaczało cmokanie z zachwytu (Pilař, Jiráček, Gebre Selassie), a w przypadku innych żałosne politowanie (Hubník, Baroš). Jan Rezek nurkował w polu karnym tak ze cztery razy, tym razem bez powodzenia, ale nie zdziwię się, jeśli na Euro któryś z arbitrów da się na to nabrać, bo, co, jak co, rozwinął się chłopak w tej dyscyplinie. Pisałem poprzednią razą o czeskich kłopotach ze stoperami, trener Bílek postanowił rozwiązać je ostatecznym przesunięciem na środek Kadleca; pozornie może dziwić takie rozwiązanie, ale tylko tych, którzy nie poznali się jeszcze na popisach alternatywy z berlińskiej Herthy – brat byłego napastnika Legii tradycyjnie zawalił gola, a mógł jeszcze jednego; grupowi rywale pewnie odczuwają rozczarowanie, że połapano się w tym akurat w porze na to najwłaściwszej… Pamięć o porażce z Węgrami została zresetowana wspaniałym przywitaniem przez wrocławskich fanów futbolu – cmokają nasi południowi sąsiedzi, cmokają z zachwytu! Piękne przywitanie na dworcu, fantastyczna atmosfera podczas otwartego treningu, wszystko gra jak w zegarku, naprawdę, piłkarze i trenerzy przeżywają miły szok rodzajowy:
Mówiłem sam do siebie, ech, gdyby chociaż tylu kibiców chodziło na naszą ligę, byłoby Ok. Dla mnie było to bardzo miłe zaskoczenie – wyznał David Lafata, król strzelców GL.
Nieco inne doświadczenia ma Tomaš Sivok, co nie znaczy, że i na nim nie zrobiło to wrażenia:
Atmosfera jest tu milsza niż w Austrii [nawiązanie do Euro 2008 – MK], gdzie pojawiło się zaledwie kilka osób i nawet nie odczuliśmy, że jesteśmy na mistrzostwach. Spokoju mieliśmy już wystarczająco dużo. Właśnie dla takich chwil walczyliśmy całe kwalifikacje, nie możemy się już doczekać, kiedy to się zacznie!
Czesi do faworytów nie należą, przecież zawsze wybornie prezentowali się w walce o dominację na starym kontynencie d;atego jestem o nich spokojny, dadzą się we znaki każdemu, kto im się napatoczy. I jeszcze jedna drobnostka, ostatni raz na wielkiej imprezie zabrakło w ich kadrze choćby jednego piłkarza ze Sparty Praga w 1976 roku, nie musze chyba niczego dodawać…
Znacznie, znacznie bardziej ciśnienie podskoczyło w Italii i na Półwyspie Iberyjskim. Włosi całkiem już się pogrążyli, bo do kolejnej afery korupcyjnej doszła jeszcze klęska z Rosjanami; jasne, wynik nie odzwierciedlał przebiegu gry, stanowczo za wysoki, a jednak, akurat w tym momencie Squadra Azzurra sypie się jak domek z kart. Będzie więc albo spektakularna klapa, albo równie szokujący sukces;) Natomiast Ronaldo i spółka chyba coraz bardziej upodobniają się do Hiszpanii, tyle że tej sprzed ery del Bosque – grają jak nigdy, przegrywają jak zawsze. Kwintesencją problemów Portugalczyków był ostatni, trzeci gol stracony w spotkaniu z Turcją - tylu błędów w jednej akcji nie oglądałem od zakończenia T-Mobile Ekstraklasy!!!
Skoro są tacy, którym nie do śmiechu, to dla równowagi muszą być i tacy, którzy z nadmiaru radości bez znaczenia mogą obrosnąć w piórka. Wiadomo, w pierwszej kolejności grozi to Holendrom; tym samym, którym kibicują od 1988 roku, i dokładnie tym samym,którzy mają problem z jednym odwiecznym rywalem – Holandią. Tajemnicą poliszynela jest, że jeśli coś tam zgrzyta pomiędzy szatnią, hotelem a boiskiem treningowym, to na sukces nie ma żadnych szans, a zgrzyta niemal zawsze... Setkę za powodzenie na Euro mogą spokojnie wychylić Rosjanie; ich imponująca wygrana nad silną ekipą Włoch musi pozostawić ślad w każdej wyobraźni. Mecz, jak już wspomniałem, wcale nie był jednostronny tym większa należy się atencja, bo wygrywanie właśnie takich spotkań jest najwyższą ze sztuk. Co mnie szczególnie uderzyło to niesamowita łatwość w przechodzeniu do szybkiego ataku, i wcale nie musi być on, ów szybki atak, rozpoczęty jakimś błyskotliwym przechwytem. Zauważyliście? Bramkarz rosyjski błyskawicznie wznawia grę, żadnych siedmiu sekund, maksymalnie dwie; jak tylko piłka znalazła się pod jego kontrolą natychmiast via ręka wędrowała do partnera z linii pomocy, i to nawet w całkiem spory tłok! Zdezorientowani Włosi najczęściej przegrywali pojedynki w tej strefie i momentalnie łapani byli na sytuacji, w której większość ich graczy była za linią piłki! Jeśli ktoś pominie ten detal może od Rosjan oberwać nieźle po łbie. W takim wydaniu dzieci Advocaata są murowanym faworytem do awansu z grupy, jeszcze większym niż był Piast Gliwice przed rundą rewanżową. Gliwiczanie, będąc w czubie tabeli mieli przed sobą niemal całą rundę na własnym stadionie; to musiało tak się skończyć i w efektowny sposób, choć nieco bardziej wyboisty niż spodziewać by się mogło, zdobyli promocję do ekstraklasy. Niepokoić musie jednak, że „Niebiesko-Czerwoni” tracą tak wiele bramek – jeśli w drugiej lidze tracisz 40 goli, to możesz być pewien, że tacy goście, jak Wolski, Piech, czy Mila będą zacierać ręce na myśl o graniu z tobą. Poprawa jakości i wzmocnia, to priorytety z którymi musi zmierzyć się Marcin Brosz jeśli nie chce stać się łatwym celem dla otrzaskanych w lidze...
Trochę mniej eksponują swoje atuty najwięksi faworycie Mistrzostw Europy. Zarówno Niemcy, jak i Hiszpanie mają najwyraźniej czkawkę; po sromotnym 3-5 z „Helwetami” (na ofiarę mianowano ter Stegena, według mnie niesprawiedliwie) zagotowało się w ekipie Löewa. Pewny krok, którym wzbudzali zachwyt, stracił rezon i nagle mianowanie ich czempionami nie jest już takie oczywiste. Hiszpanie od jakiegoś czasu borykają się z problemem przejedzenia (sukcesami), a w ostatniej grze tylko geniusz Iniesty pozwolił nie upominać się o skuteczność. I w ten oto sposób cichaczem o swoje może upomnieć się niedoceniana Francja...
Szczęście, ono może również odegrać jakąś rolę. Szczęście jednych najczęściej oznacza nieszczęście innych. Na kilka dni przed rozpoczęciem turnieju można w ciemno typować, że największym pechowcem zostanie Arjen Robben. Przećwiczył tę rolę wystarczająco często, by sprawnie się z niej wywiązać. Ale być może wyciągnął właściwe wnioski (na przykład takie, by nie zabierać się za wykonywanie rzutów karnych) i to go wzmocni? W nieszczęściu można czasem znaleźć coś pozytywnego. Najlepszy przykład mamy za południową granicą, Bohemians Praha wprawdzie spadła do drugiej ligi ale, paradoksalnie, właśnie dzięki temu znów będzie mogła rozgrywać swoje mecze na tym niezwykłym, legendarnym obiekcie – Ďolíčku. Jeśli chcecie się dowiedzieć dlaczego legendarnym to zapraszam do lektury, pierwsza część i druga syntetycznie opisują jego dzieje, a tutaj osobiste wrażenia, porównywalne co najwyżej do widowiska Człowieka Widmo;) Swoją drogą kusi, by ponownie go odwiedzić, a kilka fajnych meczów się szykuje, na przykład derby z Žižkovem, albo ze Zbrojovką Brno (jeśli ta nie „awansuje”), no i naturalnie z FC Sku.veny Kapr!
Szczęście... Szczęście to trzeba mieć nawet do sędziów; poprzednie i jedyne jak do tej pory Mistrzostwa Europy z udziałem reprezentacji Polski zapamiętane zostały nad Wisłą głównie z powodu Howarda Webba. Sądzę, że natężenie wulgaryzmów po słynnym gwizdku w końcówce spotkania z Austrią przekraczało wszelkie możliwe normy. Ale to jeszcze nic. Bywały przaśniejsze wybryki tego specyficznego gatunku, jakim są arbitrzy. Wyobraźcie sobie taką sytuację, jest rok 1938, rozgrywki okręgowe (Kreisklasse) w Saksonii. Końcówka spotkania, wynik kompromisowy, 3-3. Jeszcze jeden zryw, bo jednak każdy chce przechylić szalę na swoją stronę, strzał , gol! I w tym momencie liniowy spogląda na zegarek, ups, po czasie, panowie, to było już po czasie! Główny nieco zgłupiał, ale, właściwie skoro po czasie to gola anulujemy! Końcowy wynik pozostał niezmieniony, 3-3. Awantura na całego, bo przecież gwizdka nie było, akcja rozegrana prawidłowo! Odwołania, pisma, posiedzenia, ale zarządzający rozgrywkami Kreissportwart po zbadaniu sprawy przyznał rację sędziemu! Na odchodne zapytał jeszcze, jak to u diabła się stało, że za kontrolowanie czasu odpowiedzialny był liniowy? Z rozbrajającą szczerością sprawca całego zamieszania oznajmił, że przekazał zegarek bocznemu bo... u niego na ręce na pewno, by zamarzł! I jakbyście zareagowali na taką hecę?;>
Być może dziwi niektórych, że słowem nie wspomniałem o drużynie Smudy. Nie wspomniałem, bo nie specjalnie jest mi z nią po drodze. Nie podoba mi się traktowanie kadry, jak klubu, sprowadzanie zawodników, sukces über alles, promocja na dowody osobiste (w Biedronce jedyne 9,99!). Jeśli ktoś ma wątpliwości, jakie jest podejście i traktowanie tej reprezentacji przez „stranierich” niech zerknie łaskawie na materiał stacji Eurosport (Link: http://video.eurosport.pl/pilka-nozna/euro-2012/2012/obcokrajowcy-w-kadrze_vid232608/video.shtml ). Jak dla mnie Obraniak całkowicie demaskuje sztuczność tych zabiegów, forma oddaje klarownie, że głównie chodzi o ich CV, tak sądzę... Wypowiedzi selekcjonera przemilczę, nie jestem w stanie tego ogarnąć, to mnie przerasta, jak on to robi..., to jakiś zupełnie inny poziom...
PS Zazdroszczę Wrocławowi...
