O autorze
Rocznik 1980. Górnoślązak, Niemiec, Polak, być może nawet człowiek, co komu pasuje...; piłką nożną interesuję się gdzieś od połowy lat osiemdziesiątych, pasjonując się nie tylko wydarzeniami bieżącymi, ale coraz śmielej odkrywając niezwykłości zdarzeń minionych. Fascynujące, w sam raz, żeby się zatracić. Zupełnie, jak w literaturę, muzykę, filozofię Wschodu, przyjaciół, jedzenie...

Kontakt: mariuszkowoll@gmail.com

Z pamiętnika

Tuż, tuż. Za chwilę. Jeszcze momencik i cała piłkarska Europa pogrąży się w szaleństwie. Na dalszy plan zejdą troski, smutki, rachunki, koncentracja w pracy i zdrowy rozsądek. Piwo lać się będzie strumieniami, a w dyskusji słowo „Euro” zastąpi te wszystkie tak dołujące, jak podatki, wolność, obywatelskie prawa, uczciwe zarobki, pytania o demokrację, synekury, nepotyzm i uczciwość... Odurzenie; niemal miesiąc będziemy chłonąć niczym gąbka każdą sekundę emocjonalnego salto mortale tej najmniej demokratycznej z rozrywek (niektórzy twierdzą, że jest odwrotnie, i w lustrzanym odbiciu demokracja przegląda się w futbolowej kuli, tylko dlaczego wola większości nie została spełniona w 1996 roku, gdy Czesi przegrywali w finale, w 2004 gdy ta sama reprezentacja uległa nieznośnym Grekom, albo Holendrzy cztery lata temu, rozkochujący masy swą finezyjną grą!). Co zapamiętamy z Euro 2012? Ciekawym... Zajrzałem w pamiętnik i postanowiłem wypisać te zdarzenia, które utkwiły w mej pamięci najbardziej z turniejów, którymi mogłem fascynować się osobiście. A jakie są Wasze typy?



Euro 1988: Byłem już dojrzałym fanem futbolu, miałem 8 lat, mogłem z pamięci wymienić z dziesięć drużyn klubowych, znałem skład Górnika Zabrze na pamięć i wiedziałem, że Legia jest „b(e)”. Cieszyłem się pierwszym skarbem kibica ze śp. krakowskiego „Tempa” i zaczynałem rozumieć przepisy gry w piłkę. Sączyłem oranżadę z foliowych torebek i wyczekiwałem z niecierpliwością Mistrzostw w Niemczech...
Bohaterowie: było ich kilku, ale chyba najbardziej utkwił mi w pamięci Ronald Koeman. Facet o zwrotności składu z węglem na lata zostanie dla mnie bohaterem, osobistym, niedoścignionym wzorem, zjawiskiem. Symbolem Barcelony Cruyffa. Precyzja i atomowe uderzenie. Pamiętam, że w katowickim „Sporcie” (również świętej pamięci) żartowano nie raz, że jego strzały to fikcja, czysty fotomontaż, bo niemożliwym jest, by człowiek potrafił tak kropnąć z takich odległości:)

Rozczarowanie: Angole. Sprali w grupie eliminacyjnej każdego, a sam turniej okazał się wielką klapą. Zawsze miałem słabość do Synów Albionu, a tu taki klops, na samym początku mojej kibicowskiej drogi. Kolejny z moich dziecięcych herosów, Gary Lineker nic nie pokazał, a cała linia obrony dawała ciała z takim wyczuciem i gracją, że dopiero ofiara z Terry'ego Butchera, rok później, przywróci wiarę w jej żelazną koneskwencję.
Momenty: z całą pewnością gol van Bastena. Gdy po latach odtworzyłem go sobie nie był już tak niezwykły. Długo tworzyłem legendę, że padł on absolutnie z linii końcowej; tak nie było, ale i tak trafienie to jest baśniowe. Jako najmłodszy na placu stawałem do bramki stąd zauroczenie van Breukelenem, nawet żuchwę chciałem mieć tak wystającą, jak u Holendra. Tak się jakoś złożyło, że mistrz Hans obronił w przeciągu miesiąca dwa cholernie ważne rzuty karne, Veloso i Biełanowa. Zacząłem fascynować się specjalistami od bronienie jedenastek, samemu specjalizując się w tej materii, ale van Breukelen już na zawsze pozostanie pierwowzorem... To również reprezentacja Eire; szaleni Irlandczycy zdumieli mnie i zyskali sympatię wielką. Po dziś dzień mam do nich słabość, ale już kompletnie zapomniałem dlaczego najpierwszym uwielbieniem traktowałem Tony'ego Cascarino, może przez gangsterskie nazwisko?


Euro 1992: Turniej był dla mnie wielkim rozczarowaniem, bo za kogo tylko łapałem kciuki od razu dostawał w tytę. Zafascynowany Bundesligą musiałem kląć pod nosem (a w tym wprawiłem się znamienicie, jak na dwunastolatka) patrząc na nieudolność bohaterów cotygodniowych relacji ze „Sport-Bilda”. Reprezentanci dwóch największych, wydawało mi się wówczas, klubów Europy, czyli Milanu i Olimpique Marseille również dawali ciała. I jak tu wierzyć w sprawiedliwość?
Bohaterowie: Vija redsky vija vite via danske dynamite! - ta uwielbiana przez Dariusza Szpakowskiego formuła miała tym razem niesłychaną moc. Kto dziś spamięta te nazwiska, skoro to dziejów futbolu zapisały się tak naprawdę tylko dwa z nich, Schmeichela i Laudrupa (ale Briana nigdy nie zbliżył się nawet to zasług starszego brata). Patrzę jeszcze raz na ich skład i nie wierzę. Tylko siedmiu grało za granicą; między Bogiem, a prawdą, poza wymienionymi kojarzyłem jeszcze Povlsena ze zniewieściałego Dortmundu. Każda minuta tych walecznych chłopaków przysparzała im sympatii, a bajkowa historia, którą napisali na wieki pozostanie jedną z największych sensacji piłki w ogóle.
Rozczarowanie: pomimo medali i Niemcy i Holendrzy. To oni mieli zagrać w finale, ale największe gwiazdy zawiodły. Szczególnie trójka z Milanu, poza może Rijkaardem, kończyła się setnie. Ostatnie tchnienie Marco w półfinale, gdy spudłował rzut karny, niemal płakałem... W ogóle, co to był u licha za turniej napadziorów? Gdzie ci Schillachci, Mille, czy Skuhravé nad którymi można było się zachwycać zaledwie dwa lata wcześniej? Byłem bardzo rozczarowany nie tylko Holendrem, ale również Papinem i szczególnie Martinem Dahlinem, po którym spodziewałem się znacznie więcej... A Niemcy? Był to dziwny okres w ich dziejach piłkarskich – aż ośmiu reprezentowało barwy najsilniejszej z lig, Serie A i wszyscy, jakoś właśnie po tym turnieju, z podkulonym ogonem, zaczęli wracać; jeszcze dwóch da się skusić, Sammer i Effenberg, z podobnym skutkiem jak ich poprzednicy. Paradoksalnie jedyny, który może powiedzieć o sobie, że włoska liga go nie przerosła, Lothar Matthäus nie mógł zagrać z powodu kontuzji (no, może jeszcze Kohler i Völler nie muszą wstydzić się tego rozdziału swojej kariery). Być może właśnie brak lider, bo Sammer jeszcze do tej roli nie dorósł, była przyczyną upokorzenia w finałowej potyczce...
Momenty: rzut karny van Bastena. Kolejny rzut karny uczący pokory. Kolejny, w którym najwięksi z największych pokazują swoją słabość i z Olimpu wracają pośród nas, śmiertelników...


Euro 1996: przede wszystkim postawa Czechów. Niewielu pamięta, niewielu w ogóle zawracało sobie tym głowę, ale Czesi mieli wtedy zupełnie piękny rok. Postawa Slavii Praga w europejskich pucharach, którą śledziłem z zapartym tchem w rytm komentarza Romana Bosáka. Mocno wierzyłem w ich sukces i okazało się, wyjątkowo!, że spełniło się niemal całkowicie...


I czy obecna kadra, z rewelacyjnymi chłopakami z Pilzna, czegoś Wam nie przypomina?
Bohaterowie: wspomniani Czesi, jako drużyna i niektórzy zawodnicy, jako indywidualności. Dla wielu anonimowi, dla mnie byli bohaterami jeszcze przed turniejem. Taka Slavia w pięknym stylu awansowała do półfinału Pucharu UEFA, w kadrze na Mistrzostwa Europy znalazło się miejsce dla pięciu z nich: Suchopárek, Poborský i Bejbl stanowić będą piekielnie istotne mechanizmy niezwykłej drużyny Uhrina starszego, a swoje trzy grosze dorzuci również Vlád'a Šmicer. Pavel Nedvĕd regularnie grywał w Sparcie na poziomie nieosiągalnym dla zwykłych zjadaczy chleba, podobnie Kouba, czy Horňák, a przecież w tej ekipie było kilku gości z niezłym stażem zagranicznym, jak Němec i Látal z Schalke, Berger z konkurencyjnego Dortmundu, dwójka z Kaiserslautern, wprawdzie spadkowicza z Bundesligi, ale przecież za chwilę i Mistrza Niemiec, a więc Kadlec oraz Kuka, był też Němeček ze szwajcarskiego Servette. Wielką wartością tamtego zespołu stanowiła ławka rezerwowych, może nie imponująca, ale na tyle solidna i gotowa do podjęcia rywalizacji, by nie narobić w portki w momencie próby, a te przyszły. Kubik z doświadczeniem zagranicznym, czy Karel Rada, nikomu wtedy nieznany świetnie wywiązali się z roli stoperów, Drulák ten od siusiaka, również nie zawiódł. Była to paka, jak się patrzy!

Rozczarowanie: było kilka. Tradycyjnie postawa Holendrów, którzy albo grają pięknie i odpadają frajersko, albo dają taki popis nieudolności, najczęściej wynikający z kołtunerii i wzajemnych niesnasek, że ich postawa jest niestrawna, staje się przekleństwem turnieju (jak MŚ 1990). Nie mogłem także pogodzić się z postawą Bułgarów, tak czarujących na boiskach Stanów Zjednoczonych. I tu konflikt zrodził klęskę, a jeden Stoiczkow to trochę za mało, by osiągnąć sukces... Wreszcie, to gówno ledwie co wymyślone – Złota Bramka, bramka która w niwecz obróciła marzenia naszych południowych sąsiadów. Wstyd się przyznać, ale nie kojarzyłem tego gagatka z Udinesse. I pomyśleć, że Bierhoffa lekką ręką oddała onegdaj ta jedyna, prawdziwa Borussia...
Momenty: niebywałą bramka, którą wbił Poborský Portugalczykom już była (jego plakat zawisł dumnie na mej ścianie); Euro 1996 to również ostatnie wielkie chwile Paula Gascoigna. Oczywiście, nie mogłem wtedy wiedzieć, że wyznawca zasady W're the best and fuck the rest nigdy już nie zagra na ważnej imprezie; jego gol ze Szkocją – maestria.



Euro 2000: Nie wiem, czy Wy też tak macie, ale jakoś akurat ten turniej umyka mi z głowy; amnezja; rozpada się i gdzies ulatuje całe to wydarzenie. Pożoga faworytów i długie włosy Nuno Gomesa...
Bohaterowie: bez wątpienia Francuzi, którzy nieco prześlizgiwali się przez cały turniej, by w finale, w niebywałych okolicznościach utrzeć nosa rozpędzonym Włochom, tym samym, którzy ograbili ze złota błyskotliwą Holandię.

Rozczarowanie: Anglia, Niemcy, Czesi... Kevin Keegen miał bodaj wymarzoną kadrę a nie potrafił osiągnąć chociażby ćwierćfinału. Nie wiem, może się nie znam, ale według mnie Angole mieli wtedy najmocniejszą pakę z ostatniej dekady, mieszankę doświadczenia i młodości, która jednak niczego nie dała. Dlatego upadek Niemiec można nieco bardziej zrozumieć. Popatrzcie na tamtą kadrę, Jezu!, albo całkowicie zgrane karty, albo goście, o których dzisiaj nikt nie pamięta, jakiś Wosz, Ramelow, Rehmer, stuknięty Deisler... to nie mogło przynieść owoców, zwłaszcza, że brak było dyrygenta. „Loddar” miał już czterdziestkę na karku, a jedyny facet, który mógł wziąć taką odpowiedzialność na klatę, Effenberg, był persona non grata. W ogóle przypadkowych drużyn było tak wiele, że chyba dlatego ten turniej wydaje się jakiś, taki niejaki...
Momenty: o finałowym cudzie już wspomniałem, dlatego chyba warto jeszcze wrócić do jednego spotkania. Ok, do dwóch. Spotkanie Portugalia – Anglia był wspaniały, bramki zjawiskowe, ale pamiętacie takie wydarzenie?

Euro 200 to również najwyższe zwycięstwo, czy tam klęska, zależy, jak na to spojrzeć, w dziejach rywalizacji na Starym Kontynencie w finałowych rozgrywkach. Popis Kluiverta, a ofiarą ta sama Jugosławia. Nic dziwnego, że po tym turnieju ostatecznie zaczęła się rozpadać, kto chciałby się identyfikować z nią po takim laniu...


Euro 2004: Kto nie skacze, to nie Czech, hop-hop-hop! Piękna jazda Czechów; finezja, sen, radość. Jakoś tak się składa, że po rozpadzie Czechosłowacji, co drugi turniej Euro należy do „Pepików” (uwaga! Tegoroczny, wierząc regule, o ile jakaś w ogóle istnieje, jest właśnie tym na plus!). To także triumf dyscypliny taktycznej, zasadzie, której polscy trenerzy nie ufają – dostosuj taktykę pod zawodników, których posiadasz, nie pod własne widzimisię. Dlatego, gdy słyszę Dyzmę i jego pieprzenie o naśladowaniu Niemców ogarnia mnie histeryczny śmiech. Euro 2004 – turniej niesprawiedliwości społecznej;)
Bohaterowie: nie wymienię dumnych potomków Ateńczyków, bo nie mogłem patrzeć na ich grę, choć skuteczną tak boleśnie odzierającą futbol z jego piękna. Dla mnie bohaterami znowu byli Czesi, Czesi tracący wiarę we własną drużynę, we własne możliwości, w potencjał tego pokolenia. Tam, na boiskach Portugalii powrócił w chwale blask gwiazd: Poborský i Nedvĕd otoczyli się młodymi chłopcami, którzy stawali się mężczyznami. Čech: 22 lata, Grygera: 24 lata, Rosický: 23 lata, Baroš: 22 lata, do tego potężny Jan Koller i superrezerwowy Marek Hainz. Spotkanie z Holandią było jednym z najpiękniejszych, jakie pamiętam...
Skrót meczu
Rozczarowanie: półfinał Czechów z Grekami – mechanizm się zaciął, trybiki zazgrzytały, a tradycyjne wpuszczenie Hainza guzik dało. Przykro było patrzeć, jak betonowy mur imć króla Otto zatrzymuje kolejne próby ekipy Brücknera. I jeszcze ten Złoty Gol, drugi już raz dekapitujący akurat Czechów...
Momenty: przede wszystkim upokorzenie Niemców. Historyczne dołowanie osiągnęło apogeum. Drużyna Völlera miała mimo wszystko spore szanse na awans ale spartoliła wszystko w rywalizacji z rezerwami, tak, rezerwami właśnie, często tu przeze mnie przywoływanych Czechów. Niesamowite zawody rozegrał bramkarz Blažek, a kropkę nad „i” postawił rezerwowy w tym meczu Milan Baroš. Niemcy po raz kolejny nie wyszli z grupy, ale w przeciwieństwie do nas wyciągnęli wnioski i ruszli ostro ze szkoleniem młodzieży. Dzisiaj ich kadra jest najmłodsza, najlepsza i z największymi szansami na tytuł, a my w tym czasie desperacko targujemy paszportami, żeby w ogóle poskładać jakoś do kupy (dobre słowo) jedenastkę...
Skrót meczu

Euro 2008: Pierwszy historyczny udział reprezentacji Polski, i chociaż można przy odrobinie dobrej woli sprowadzić naszą obecność do jednego z przysłów, którymi tak uwielbiamy usprawiedliwiać nasze porażki („Pierwsze koty za płoty”, „Mądry Polak po szkodzie”, „Biednemu zawsze wiatr w oczy...”, „Co dokuczy, to nauczy” etc), to prawda jest taka, że nasze ananasy zaprezentowały się beznadziejnie, a już do rangi anegdoty przeszedł tekst Beenhakkera o Zahorskim: International Level, psia jego mać... Ten International Level w całej karierze tylko raz ustrzelił dziesięć goli w sezonie, a obecnie jest turystą w Dusiburgu.
Bohaterowie: zdecydowanie na to miano zasłużyli Turcy. Zaskoczyli wszystkich, chociaż jeszcze w połowie ostatniego meczu grupowego z Czechami nie wyglądało to specjalnie dobrze. Jeśli wspomniałem, że spotkanie Czechy – Holandia z poprzedniej edycji Mistrzostw Europy zasługuje na miano najlepszego w dziejach, to półfinałowa potyczka potomków imperium Osmiańskiego z Niemcami może spokojnie konkurować o to miano:
Skrót meczu
Z pięknej strony pokazali się również Rosjanie dając czytelny sygnał, że wreszcie, po latach, odbudowują siłę rodzimej piłki. Zaczęli i zakończyli udział klęską z późniejszymi Mistrzami Europy, Hiszpanią, lecz pozostawili bardzo dobre wrażenie, szczególnie ograniem faworyzowanych Holendrów. Po raz kolejny okazało się, że Guus Hiddink ma w sobie moc tworzenia baśniowych obrazów...
Rozczarowanie: niemal, jak co edycja ci sami – Holendrzy. Znowu grali z polotem, ekspansywnie, wdeptując w ziemię rywali, wygrywając w cuglach grupę śmieci, co najmniej tak silną jak ta, w której znaleźli się w tym roku. A jednak w kluczowym momencie zawiedli...

To również pierwszy taki przypadek, by gospodarze, a było ich aż dwóch, nie zdołali zakwalifikować się do fazy pucharowej. Mam dziwne uczucie, że zrodziła się wówczas jakaś tradycja, którą podtrzymają tegoroczni panowie domu...
Momenty: Reakcja Lukas Podolskiego po strzelaniu kolejnych goli Polakom. Tego gościa nie da się nie lubić, po prostu nie da...
To także kuriozalny, kontrowersyjny gol Holendrów w spotkaniu z Italią. van Nistelrooy naturalnie znajdował się na pozycji spalonej, sędzia uwzględnił jednak defensora włoskiego zwijającego się z bólu poza boiskiem (za bramką) i gola uznał...


Bardzo jestem ciekawy, co przyjdzie dopisać po tegorocznych mistrzostwach...

Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...
WYBORY2019 0 0W mediach Rydzyka przedwyborczy post. "Wystarczy nie jeść dzień, żeby uchronić ojczyznę przed złem"
0 0Chcą zlikwidować MEN. Macie dość chaosu PiS? Program Konfederacji o edukacji to dopiero rewolucja
Coca-Cola 0 0Jak uczyć dzieci chronić środowisko, czyli czy najmłodsze pokolenie uratuje świat
Duka 0 0Szwedzki przepis na spotkanie. “Krog” to kolejne modne słowo ze Skandynawii