Każda kolejna minuta polsko-ukraińskiego turnieju utwierdza w przekonaniu, że Dyzmoludy zasługują na swoich własnych „Nędzników”, tylko takich jeszcze bardziej patetycznych, ckliwych i w ogóle; byłaby to opowieść o nieudacznikach obdartych z marzeń, złota i biletów, pozbawionych wszystkiego poza premiami za dwa punkty i wyjściówkami heroicznie wywalczonymi. Ale Hugo wcale nie był taki stuknięty; raz na jakiś czas popełnił takie zboczenie, wielotomowe; ogólnie wolał hulaszczy tryb życia, życia na które pracowali inni, on tylko stawiał sygnaturę na dole strony…
REKLAMA
Zajechani, jak dziwka nad ranem – tak powinni o sobie mówić, zamiast tego mieli wystarczająco dużo sił, by czepiać się jakichś dupereli, kompletnie nieistotnych w takim momencie drobiazgów; jakoś nie ma we mnie zgody na aż taki minimalizm. Są lepsi i mądrzejsi, którzy już łacno oddali, co im się należało, szkoda więc mojej gadki. Ale wolę tak, po naszemu, bez wyszukanych porównań i trudnych do zrozumienia zawijasów, za to w kilkoma s...synami i wieloma wykrzyknikami. Co, jak co, ale nasze przywary są najpiękniejsze, myślę. Jesteśmy czasem bełtem zakończonym solidnym beknięciem, i niech już tak pozostanie, a co!
(zresztą, były bardziej spektakularne upadki, jak ta, 1.FC Nürnberg, czy, z naszego Heimatu, SuSV Beuthen, zresztą w Bytomiu świetnie zapamiętali tamtą przedwojenną naukę, jak spadać z hukiem, niestety...)
*
Skoro już wzięło mnie na porównania, Niemcy mają wystarczająco wiele powodów do zadowolenia i próżności w sobie, by wymyślać kalambury słowne na część swoich piłkarzy; ta o najlepszym piłkarzu Bundesligi bardzo mi się podoba: Rolls-Reus, luksus, którego my jeszcze długo nie będziemy mieć, luksus, bo gościu jest zaledwie rezerwowym. I taki jegomość wychodzi na boisko, i nie dość, że strzela piękną bramkę to jeszcze uczestniczy w najładniejszej akcji Euro 2012. Wymiana we wspaniałym tempie Özil-Reus-Klose-Reus-Özil zaparła dech w piersiach; byłby to najładniejszy gol nigdy nie strzelony, gdyby nie konkurencja Hansa-Güntera Brunsa - jego rajd przez całe boisko jest nie do pokonania…
*
Mecze półfinałowe odarł z resztek złudzeń każdego, kto starał się wmówić w siebie dumę z występu chłopczyków Smudy; nie, nie ma za co im pochwalne pieśni szykować, a za żenujący pokaz ignorancji powinno się ich profilaktycznie wygwizdać na pierwszy meczu eliminacyjnym, a szczególnie kapitana…
Ktoś rzucił porównanie, że skoro 300 Spartan kiedyś tam, gdzieś tam... Mecz w Gdańsku wyglądał tak, że chyba i trzy setki Greków nie dałoby rady; nikt nie osiągnął takiej dominacji, jak Niemcy w tym spotkaniu. Nic dziwnego, największy faworyt turnieju, ale trochę niebezpiecznie nic o nich de facto nie wiemy, bo w grupie zrobili swoje bez specjalnych migracji do zachwytów i wzdychania, a ćwierćfinał, jako się rzekło, był zupełnie jednostronną zuchwałością...
Czesi wytrzymywali ok. 40 minut, byli w tym czasie chyba nawet lepsi, szybsi, bardziej zdeterminowani, i właśnie wtedy zdechli; a może to po prostu Portugalczycy doszli do wniosku, że to wprawdzie wolny los, ale jednak trzeba w ogóle wyjść na boisko…?
Ale ogólnie nasi południowi sąsiedzi pozostawili szalenie sympatyczne wrażenie z ich „Polska, Biało-Czerwoni!” wykrzyczanym tuż przed odjazdem…
*
Mam do nich słabość, za Bondy’ego, Klimę, Plastik People of the Universe, Svijane i Bohemkę dlatego jeszcze pociągnę temat.
Jeden legendarny obiekt wraca do łask, a dokładniej mieści się ponownie w ramach tych ich licencji; nic to, że trzeba było spaść do drugiej ligi, ale Ďolíček będzie znowu tętnić życiem, karnety rozchodzą się jak świeże bułeczki. Ale ludzie nie byliby sobą, gdyby równocześnie czegoś nie spieprzyli. Kiedy jedni radują się z powrotu do domu inni, albo cholera pewnie wśród nich i ci sami, załamują ręce; paru cymbałów postanowiło przerobić legendarną Cesarską łąkę na pole golfowe. Cesarska łąka to pierwsze boisko piłkarskie w Pradze; tam napoczęto najważniejsze derbowe gry tego regionu i jeden z najważniejszy na świecie w ogóle. Tam, 8 kwietnia 1893 roku, rozegrano pierwszy, historyczny mecz piłkarski w Czechach, i to od razu, można rzec, międzynarodowy! Zarówno w drużynie Loučeni (niebiesko-czerwonych założył książę Emerich ze słynnego rodu Thurn und Taxis, co niejako wywraca do góry nogami teorie, że futbol był zrazu rozrywką plebejskich utracjuszy), jak i w drużynie niemieckich Prażan (Regatta), grało niemało Angoli... Wynik 0-4, albo 0-5, różne źródła, różnie podają...* Prawdopodobnie ostatnie spotkanie rozegrano 3 czerwca b.r. (Radlice B – Lysolaj 3:3, w ramach praskiej 3 Klasy A, czyli... dziewiątej ligi). Teraz właściciel zamierza przerobić boiska na uciechę dla panów snobów-niedzielnych-golfistów...
*
Dwa pozostałe półfinały wcale jakoś specjalnie nie imponowały porównywalnym orężem oponentów; hiszpańska tiki-taka (w przykładzie: zzzzzzzzz...) całkowicie zneutralizowała poczynania Francuzów; przykro było patrzeć, liczyłem, że kto, jak kto, ale akurat podopieczni Blanca są w stanie przynajmniej postraszyć faworyta, a tylko uśpili... oglądających. Jeśli ktoś zasłużył na największe rozczarowanie tego całego cyrku, to zdecydowanie Benzema (małe, ale zawsze, szanse ma jeszcze Balotelli, jeśli na przykład złapie w czwartek czerwoną kartkę, albo po raz trzeci zamiast biec w kierunku bramki zacznie bujać w obłokach). „Trójkolorowi” przynajmniej się starali, byli po prostu bezradni (z kim to zderzył się kolejny niewypał, Ribbery?). Za to na Angoli coraz mniej dało się patrzeć; tak jak jednych i drugich miałem w nosie, to z każdym ukłuciem po zachowaniu podopiecznych Hodgsona bardziej przajałem Włochom. A Pirlo...? Mick Jagger futbolu jest najlepszym pomocnikiem turnieju, no i ten gol a la Panenka... (swoją drogą, Angole dali piłce piłkę samą w sobie i robinsonadę, Włosi catenaccio i udawanie, Czesi karnego „Tondy” i czeską uliczkę, Niemcy „Kaisera” i grę do końca, a gdy myślę o nas, to przychodzi mi do głowy tylko ta jedna cholerna, czarna owca...).
Dobrze, że Pirlo tak to wymyśli, bo co poniektórzy przypomnieli sobie, jak to robił Panenka; to może pozwoli legendzie czeskiej piłki dać nogę od krowiego placka, w którego wdepnął, na antenie...
Ale w sumie, krava, trava, co za różnica...
*
No to za rogiem półfinały; zacierają ręce w Italii; sprawdzałem kilka razy, serio, Niemcy nigdy nie ograli „Squdra Azzura” na turniej mistrzowskim. Niebywałe! Tak, jak szczególik, że ostatni raz dali się puknąć naszym sąsiadom siedemnaście lat temu! Ale mam dla wszystkich fanów drużyny Prandelliego bardzo złą wiadomość. Już po wszystkim, przesądzone. W finale zmierzy się Hiszpania z Niemcami właśnie
(zresztą, były bardziej spektakularne upadki, jak ta, 1.FC Nürnberg, czy, z naszego Heimatu, SuSV Beuthen, zresztą w Bytomiu świetnie zapamiętali tamtą przedwojenną naukę, jak spadać z hukiem, niestety...)
*
Skoro już wzięło mnie na porównania, Niemcy mają wystarczająco wiele powodów do zadowolenia i próżności w sobie, by wymyślać kalambury słowne na część swoich piłkarzy; ta o najlepszym piłkarzu Bundesligi bardzo mi się podoba: Rolls-Reus, luksus, którego my jeszcze długo nie będziemy mieć, luksus, bo gościu jest zaledwie rezerwowym. I taki jegomość wychodzi na boisko, i nie dość, że strzela piękną bramkę to jeszcze uczestniczy w najładniejszej akcji Euro 2012. Wymiana we wspaniałym tempie Özil-Reus-Klose-Reus-Özil zaparła dech w piersiach; byłby to najładniejszy gol nigdy nie strzelony, gdyby nie konkurencja Hansa-Güntera Brunsa - jego rajd przez całe boisko jest nie do pokonania…
*
Mecze półfinałowe odarł z resztek złudzeń każdego, kto starał się wmówić w siebie dumę z występu chłopczyków Smudy; nie, nie ma za co im pochwalne pieśni szykować, a za żenujący pokaz ignorancji powinno się ich profilaktycznie wygwizdać na pierwszy meczu eliminacyjnym, a szczególnie kapitana…
Ktoś rzucił porównanie, że skoro 300 Spartan kiedyś tam, gdzieś tam... Mecz w Gdańsku wyglądał tak, że chyba i trzy setki Greków nie dałoby rady; nikt nie osiągnął takiej dominacji, jak Niemcy w tym spotkaniu. Nic dziwnego, największy faworyt turnieju, ale trochę niebezpiecznie nic o nich de facto nie wiemy, bo w grupie zrobili swoje bez specjalnych migracji do zachwytów i wzdychania, a ćwierćfinał, jako się rzekło, był zupełnie jednostronną zuchwałością...
Czesi wytrzymywali ok. 40 minut, byli w tym czasie chyba nawet lepsi, szybsi, bardziej zdeterminowani, i właśnie wtedy zdechli; a może to po prostu Portugalczycy doszli do wniosku, że to wprawdzie wolny los, ale jednak trzeba w ogóle wyjść na boisko…?
Ale ogólnie nasi południowi sąsiedzi pozostawili szalenie sympatyczne wrażenie z ich „Polska, Biało-Czerwoni!” wykrzyczanym tuż przed odjazdem…
*
Mam do nich słabość, za Bondy’ego, Klimę, Plastik People of the Universe, Svijane i Bohemkę dlatego jeszcze pociągnę temat.
Jeden legendarny obiekt wraca do łask, a dokładniej mieści się ponownie w ramach tych ich licencji; nic to, że trzeba było spaść do drugiej ligi, ale Ďolíček będzie znowu tętnić życiem, karnety rozchodzą się jak świeże bułeczki. Ale ludzie nie byliby sobą, gdyby równocześnie czegoś nie spieprzyli. Kiedy jedni radują się z powrotu do domu inni, albo cholera pewnie wśród nich i ci sami, załamują ręce; paru cymbałów postanowiło przerobić legendarną Cesarską łąkę na pole golfowe. Cesarska łąka to pierwsze boisko piłkarskie w Pradze; tam napoczęto najważniejsze derbowe gry tego regionu i jeden z najważniejszy na świecie w ogóle. Tam, 8 kwietnia 1893 roku, rozegrano pierwszy, historyczny mecz piłkarski w Czechach, i to od razu, można rzec, międzynarodowy! Zarówno w drużynie Loučeni (niebiesko-czerwonych założył książę Emerich ze słynnego rodu Thurn und Taxis, co niejako wywraca do góry nogami teorie, że futbol był zrazu rozrywką plebejskich utracjuszy), jak i w drużynie niemieckich Prażan (Regatta), grało niemało Angoli... Wynik 0-4, albo 0-5, różne źródła, różnie podają...* Prawdopodobnie ostatnie spotkanie rozegrano 3 czerwca b.r. (Radlice B – Lysolaj 3:3, w ramach praskiej 3 Klasy A, czyli... dziewiątej ligi). Teraz właściciel zamierza przerobić boiska na uciechę dla panów snobów-niedzielnych-golfistów...
*
Dwa pozostałe półfinały wcale jakoś specjalnie nie imponowały porównywalnym orężem oponentów; hiszpańska tiki-taka (w przykładzie: zzzzzzzzz...) całkowicie zneutralizowała poczynania Francuzów; przykro było patrzeć, liczyłem, że kto, jak kto, ale akurat podopieczni Blanca są w stanie przynajmniej postraszyć faworyta, a tylko uśpili... oglądających. Jeśli ktoś zasłużył na największe rozczarowanie tego całego cyrku, to zdecydowanie Benzema (małe, ale zawsze, szanse ma jeszcze Balotelli, jeśli na przykład złapie w czwartek czerwoną kartkę, albo po raz trzeci zamiast biec w kierunku bramki zacznie bujać w obłokach). „Trójkolorowi” przynajmniej się starali, byli po prostu bezradni (z kim to zderzył się kolejny niewypał, Ribbery?). Za to na Angoli coraz mniej dało się patrzeć; tak jak jednych i drugich miałem w nosie, to z każdym ukłuciem po zachowaniu podopiecznych Hodgsona bardziej przajałem Włochom. A Pirlo...? Mick Jagger futbolu jest najlepszym pomocnikiem turnieju, no i ten gol a la Panenka... (swoją drogą, Angole dali piłce piłkę samą w sobie i robinsonadę, Włosi catenaccio i udawanie, Czesi karnego „Tondy” i czeską uliczkę, Niemcy „Kaisera” i grę do końca, a gdy myślę o nas, to przychodzi mi do głowy tylko ta jedna cholerna, czarna owca...).
Dobrze, że Pirlo tak to wymyśli, bo co poniektórzy przypomnieli sobie, jak to robił Panenka; to może pozwoli legendzie czeskiej piłki dać nogę od krowiego placka, w którego wdepnął, na antenie...
Ale w sumie, krava, trava, co za różnica...
*
No to za rogiem półfinały; zacierają ręce w Italii; sprawdzałem kilka razy, serio, Niemcy nigdy nie ograli „Squdra Azzura” na turniej mistrzowskim. Niebywałe! Tak, jak szczególik, że ostatni raz dali się puknąć naszym sąsiadom siedemnaście lat temu! Ale mam dla wszystkich fanów drużyny Prandelliego bardzo złą wiadomość. Już po wszystkim, przesądzone. W finale zmierzy się Hiszpania z Niemcami właśnie
*
Impreza takie, jak ta to niezły handel żywym towarem, ale dla frajerów. Najlepsi wiedzieli wszystko o wszystkich, zanim trenerzy wysłali powołania. Ale ochłapy zostały; taki Darida zagrał godzinę i już go chcą za jakieś kosmiczne pieniądze w Rosji; Sivok, ten sam, który uderzając piłkę głową rozwalił sobie nos, ma propozycje z FC Sevilla; ale chcą nawet naszych, zwłaszcza w Lazio, rotfl.
*
Euro fajna sprawa, ale dla polskiej reprezentacji ważniejsze są wybory; do października daleko, więc w pierwszej kolejności te na selekcjonera. Podobno właśnie kontrakt podpisał Waldemar Fornalik; trochę by mnie to zdziwiło, mam nieodparte wrażenie, że tak naprawdę o wielu się mówi, niejeden pokaże się przed kamerami, ale po prawdzie, żaden nie chce dać się posadzić na tym mustangu (i nie chodzi o szybkość gry naszych ujadaczy, tylko pewne lądowanie na czterech literach). Najwięcej łokciami rozpycha się Jerzy Engel, czyli swojski Stanisław Anioł. Ciekawe, na kogo ostatecznie wypadnie „bęc”...
*
I jeszcze coś z naszego poletka. Rozlosowano preeliminacje do eliminacji i eliminacje do eliminacji europejskich pucharów. Tradycyjnie oglądano je nad Wisłą w napięciu; byleby nie Kazachowie, czy Bałakńce. Jestem ciekawy, kiedy wsadzą mnie do jakiegoś rezerwatu, bo ja pamiętam, jak byle jaki Shamrock, czy inny Cardiff przyjeżdżał, by nasi zagrali sparing („Jojko, Jojko, bramkę strzel!”). Dzisiaj drżymy przed takimi ekipami; co będzie za lat kilka(naście)?
*
Nie mogłem się oprzeć: Wielki Biały Ninja powrócił. Na zdjęciu ze swoim synem Martinem Frýdkiem. Pierwsze wyzwanie, drugoligowy Vlašim...
* tak naprawdę w Czechach grywano w piłkę znacznie wcześniej, niektóre ślady prowadzą nawet do roku 1885, ale przyjęło się, że od tego momentu zabawa w futbol zaczęła się na poważnie i regularnie...
