Dyskobolia została przeniesiona do Katowic; powstał jakiś potworek, karykatura klubu sportowego, w którym przymiotnik określający działalność jest całkowicie pozbawiony znaczenia, bo przecież można osiągnąć namacalny efekt w kilka tygodni negocjacji, zamiast męczyć się miesiącami na boisku. Nie wiadomo po co powstał, dla kogo, nie wiadomo nawet do końca w jakich okolicznościach. Ale nikogo to nie obchodzi (w sumie słusznie, ignorancja powinna zepchnąć ten twór w niebyt), za to niemal każdy rozczula się nad Polonią. Jaką Polonią? Polonia nie istniała!

REKLAMA
I tak toczy się ten melanż dziwactwa z oryginalnością. Pobudka, pigułka murti-binga i można z czystym sumieniem urzeczywistniać nieistniejące. Mówiąc prostszym językiem – hipokryzja. Tak wielu wylewa rzewne łzy nad jakimś klubem z Grodziska Wielkopolskiego, jakby chodziło, co najmniej o Rangersów, których właśnie wywalono z hukiem z ligi, a nikt nie pochyli się nad losem GKS Katowice, który po raz kolejny otrzymuje cios w szczękę, kolejny nokdaun, ale wierzę, wierzę, że ponownie podniesie się z kolan, przyjmie pozycję wyprostowaną, uniesie gardę i dalej walczyć będzie o należne sobie miejsce na piłkarskiej mapie Polski. Zasługuje na to. Historia Dyskobolii, City i Hertha oraz „cudowne” ratowanie się przed spadkiem, nijak ma się do legend Piotra Czai, Wijasa, Piekarczyka, Kubisztala, Furtoka, Szewczyka, Grzesika, Nawrockiego, Jojki, Kucza, Janoszki, Ledwonia... A Polonia? Kibice „Czarnych koszul” oddali swój klub walkowerem kilka lat temu, przyjmując gogolowskiego przebierańca między siebie i traktując, jak swoje. Teraz mają ale za swoje (przykład Śląska, czy z lat '90 Ruchu, pokazują, że czynny opór może zapobiec takiej transakcji).
Mamy więc obłęd dziennikarzy, którzy z uporem maniaka wmawiają opinii publicznej, że to o stulatka chodzi. Nie wiem dlaczego te bzdury wypisują. Może z obawy, by prawda rykoszetem nie trafiła w klub z Wielkopolski, który o swojej prawdziwej tożsamości przypomina sobie tylko wtedy, gdy dyskusja schodzi na korupcyjną przeszłość?
By uniknąć takich dramatów, jakie właśnie przechodzą kibice GKS może należałoby zmienić tak prawo, by tego typu transakcje nie handlowały przy okazji tradycją i trofeami? Potraktować to, jak kradzież tożsamości, coś takiego chyba istnieje w polskim prawie...
W każdym razie to już drugie mamrotanie dziennikarzy w przeciągu tygodnia. Jak Fornalikowi dano kadrę to palnęli coś w deseń: on nigdy nie prowadził topowego klub. Wow! Jakimi kryteriami osądzili to niosący tę nowinę, hm? Bo, jakby się przyjrzeć uważnie, to prowadził kilka topowych... Widzew i ta prawdziwa Polonia Warszawa, ale również Polonia Bytom, no ale przede wszystkim Ruch Chorzów i Górnik Zabrze. Ktoś powie, ale to biedne kluby. Może i się nie przelewa tam, ale w takim razie za topowe winni ci dziennikarze uważać onegdaj i Dyskobolię wspomnianą i Amicę bo tam szmal był; to może o sukcesy chodzi? Hm, ale Ruch zdobył dwa medale w ciągu trzech lat, i dwukrotnie grał w finale Pucharu Polski. Zresztą, Śląsk, który tytuł wygrał, również traktowany jest po macoszemu, więc o sukcesy nie chodzi. To może o frekwencję? No, kurde też nie to, przecież na WDŚ jakoś ludzie nie zabrakło? Zresztą to pierwsze, onieśmielające resztę Polski miało zabawną puentę, gdy pan Szpakowski próbował upchnąć tych czterdzieściileśtamtysięcy ludzi pod dywan swoim „Ale panowie, porozmawiajmy o Legii”, urocze:) O tradycji i sukcesach nawet nie piszę, bez jaj...
I tak, brak logiki w tych tezach, tym bardziej, gdy porówna się te oryginalne twierdzenia z konserwatywnym przywiązaniem do tradycyjnych klubów zagranicznych, może wzbudzać jeno politowanie. Kultverein to Schalke, Borussia Mönchengladbach, zdegradowany 1.FC Köln, a nawet liżące rany Dynamo Dresden, ale nie Wolfsburg, chociaż to właśnie „Wilki” mają z nich najświeższe wspomnienia o mistrzostwie i drugi największy budżet; podobnie ma się opiniowanie poletka w Anglii, Hiszpanii, Holandii... Anży Machaczkała traktowana jest jak ciekawostka przyrodnicza, nie jak topowy klub; więc jak to jest panowie, czy to nie przypadkiem wasze prywatne sympatie determinują używanie określenia „największy”, „topowy”, „czołowy”?
Nie, no jasne, zaraz można wymyślić naście innych powodów, pasujących akurat w tym momencie...