
Trochę trwało nim przestałem się śmiać po bezczelnie żałosnym, pełnym głupot i zmyśleń tekście w popularnym dzienniku sportowym o najmocniejszym z rywali polskich drużyn w europejskich pucharach, a że brak choćby jednego na poziomie przyzwoitym to sam naskrobię, co nieco o czeskiej Barcelonie, jak kiedyś nazwałem Viktorię Pilzno. Tym bardziej, że pewnie nie będzie okazji zobaczyć spotkania Ruchu w telewizji, tam jest miejsce tylko dla topowych drużyn, nawet gdy grają jakiś nędzny mecz towarzyski...
REKLAMA
Jeśli ktoś po przygodach z Czechami w ME jeszcze ma wątpliwości jaki rodzaj wyzwania czeka „Niebieskich” w kolejnej rundzie eliminacji LE to niech szybko wraca na ziemię. Viktorka budowana jest modelowo, wspaniała praca z młodymi graczami, świetny trener, niezły skauting i budżet pozwalający na rozwój, i ten sportowy i ten infrastrukturalny. Cichaczem klubik, który do tej pory nic nie znaczył w czeskiej rzeczywistości (jedno trofeum, eony lat temu wygrali puchar krajowy), który można przyrównać do Odry Wodzisław, czy inne wynalazki pałętające się między pierwszą a drugą ligą, klubik, który mógł się szczycić wprawdzie genialnym wychowankiem, Pavelem Nedvědem, ale szczycił nim się dlatego tylko, że innych powodów nie było w ich historii, a i tak blondwłosy pomocnik zagaił do piłkarskich dziejów dopiero w Dukli, bo w pilzneńskim klubie nie zdążył zadebiutować, więc cichaczem klubik ów powywracał całą hierarchię ligową u naszych południowych sąsiadów i rokrocznie uważany jest za największego faworyta do tytułu mistrzowskiego; tak, właśnie oni, a nie Sparta, Slavia, czy inny Jablonec. Szybka, kombinacyjna gra, niezła technika, wybieganie, wychodzenie na pozycje, odwaga i siła. Efektownie i efektywnie. To zupełnie inna jakość na piłkarskiej mapie Czech. Pomysł na grę, żelanza konsekwencja i wiara we własne umiejętności.
Liderem zespołu jest tłuściutki Pavel Horváth (na zdjęciu ten, który ściąga gacie pomocnikowi Fillo), dusza towarzystwa, humorysta, ale i enfant terrible czeskiej piłki (w atmosferze skandalu opuszczał Spartę Praga, był też zawieszony za hailowanie), wybrany najlepszym piłkarzem Viktorii w jej ponad stuletniej historii (to też dowodzi, że przez cały ten wiek istnienia błaznowali gdzieś na marginesie wielkiej piłki; Horváth gra u nich zaledwie rok czwarty, a przychodząc miał już 33 wiosny). Gość porusza się ruchem jednostajnym, bieg, czy gwałtowne przyspieszanie wykluczają go na kilka dalszych minut, bo organizm upomina się o swoje (stąd często zamienia się ze stoperem miejscami, by móc złapać się za bok i metodą wdech-wydech ratować się przed zasłabnięciem), ale przede wszystkim wspaniały piłkarz. Latka lecą, a gość niezmiennie jest wybitny. Cudowny przegląd boiska, umiejętne sterowanie tą pilzneńską łajbą, a to zwalnianiem gry, a to rozpędzając młodszych kolegów, wreszcie dokładnymi co do centymetra długimi przerzutami. Stojąca piłka to również zachęta do namieszania w szykach rywala, zwłaszcza rzuty wolne proponują mu kolejne bramki. A jak wszystko pójdzie dobrze to na koniec zrobi jeszcze przewrót w przód i fikołka, Orest Lenczyk byłby zachwycony. W każdym razie dla dziennikarzyny jest on jedynie 37-letnim uzupełnieniem. No tak, nie było go na Euro, to wystarczający powód by zignorować taką osobowość, ech...
W tym prasowym bełkocie było więcej tego typu kwiatków. Nie mogę sobie odmówić, by na przykładzie tych dyrdymałów nakreślić siłę Viktorii, Viktorii wypierającej umiejętnie ze świadomości przeciętnego kibica swoją imienniczkę, tę z Žižkova.
W bramce numerem jeden został Petr Bolek; dziennikarzyna nie wiedząc nic o nim, nie zadając sobie trudu użyciem Internetu prawi, że nie jest to najmocniejszy punkt zespołu. Z pewnością! - dodaje. Mamy więc sugestię, że to jakiś cienki bolek, typek który popełni błąd, albo dwa, może nawet wrzuci sobie piłkę do bramki. Otóż ten typek to najlepszy bramkarz ligi słowackiej, a jacy goście tam bronią to najlepiej wiedzą przy Łazienkowskiej. Jako, że i w towarzyskiej grze z Cluj, i pucharowej batalii i dzisiejszej ligowej inauguracji przeciwnicy nie są w stanie stworzyć jakiejkolwiek okazji, to trudno powiedzieć, jak facet sprawdza się w nowym otoczeniu, ale jedno rzuca się w oczy od razu – klej w rękach. Takiego chwytu nie widziałem od czasów Bernarda Lamy. w każdym razie jego poprzednik, Čech (Marek, nie Petr, choć i ten stał w bramce Pilzna) właśnie siedzi... na ławce Sparty.
Obrona jako się rzekło, na tyle solidna, że rywale nie bardzo potrafią podejść pod bramkę. Te dwa potwory na środku, Ševinský i Procházka, to takie trochę Stawarczyki. Wejść w rywala, żeby zabolało, odebrać piłkę i natychmiast, natychmiast!, oddać ją do kogoś bardziej piłkarskiego, najlepiej do Horvátha właśnie, który gra tuż przed nimi. Właściwie nie zapędzają się pod bramkę rywali, obaj lepiej grają głową niż nogami, chociaż zdarza się i może zrobić to małe „kuku” chorzowskim, jeśli się zagapią; szczególnie, o czym również już pisałem, że Procházka zamieniając się od czasu do czasu pozycjami z swoim kapitanem wręcz musi zagrać do przodu. Co ciekawe dziennikarzyna utrzymuje, że Ševinský to od lat marka w klubie, a ten drugi zyskał uznanie u trenera właśnie teraz. Otóż Panie dziennikarzyno, Ševinský jest podporą dokładnie od 1,5 lat (błąd celowy), a Procházka gra tylko dlatego, że najlepszy ze stoperów Viktorii, David Bystroň przywąchał coś przed meczem LM z Borysowem i został wypieprzony z klubu. Była to więc konieczność, a nie jakaś rywalizacja, którą wygrał bohatersko.
Po bokach dwóch dobrze znanych chłopaków: Limberský i Rajtoral. Bardzo ofensywni, co nie dziwi, w końcu obaj zaczynali jako pomocnicy; przy mizernych skrzydłowych to oni robią najwięcej wiatru; lepszy technicznie Rajtoral bez trudu wygrywa pojedynki jeden na jednego, Limberský to raczej zawodnik do gry kombinacyjnej; obaj po Euro pozostają w wybornej formie. I obaj dalej są kiepscy w czynnościach defensywnych, nietrudno zrobić z nich wiatrak, szczególnie z Rajtorala, ale nawet drugi z bocznych potrafi dać się zrobić najprostszą kiwką do linii, i w grze głową także mają braki. I jeszcze jedno, zmienili im się faceci grający wyżej. Cieniutko ich wspierają w obronie, nie to co poprzednicy. Tylko, że Pilzno atakuje, bronić to się może z Barceloną, chwilami z Milanem, ale dla nich naturalny stan to ofensywa.
Kluczem do osiągnięcia sukcesu jest zneutralizowanie środkowej formacji. Świetnej, przebojowej, dynamicznej i nietuzinkowej. O Horváthcie (Jezu, tak to powinno się odmienić?) już było; klasa sama dla siebie. Nie ma sensu indywidualnie zaopiekować się nim, bo dla gracza Ruchu oznaczałoby to niemal stanie w miejscu przez 90 minut. Raczej problem leży w ścisłym, bardzo bliskim kryciu pozostałych zawodników. Moment nieuwagi, zbyt wiele pozostawionej przestrzeni i kłopot gotowy. Rewelacyjny Darida zadziwia z każdym meczem coraz bardziej; ma wielką łatwość w mijaniu rywali, w bombardowaniu bramki rywala, przyspieszaniu, grze kombinacyjnej, rozprowadzaniu...; czysta przyjemność oglądanie tego żółtodzioba, ktory przecież ledwie wylazł z pieluch, jeszcze niedawno był całkiem anonimowy, a między Bogiem a prawdą to spodziewałem się, że Jiračka raczej zastąpi Tomáš Berger a nie on. A jednak; Berger wrócił już do Dukli, na wypożyczenie, ale musiał podkulić ogon. Syn legendarnego Jana Bergera nie dał rady, ale wciąż ma szanse zaistnieć w czeskiej piłce; ojcu z całą pewnością nie dorówna. Jan Berger to był ktoś, Pan Piłkarz, jak to się mówi, złoty medalista IO 1980, brązowy Mistrzostw Europy z tego samego roku. Gdyby nie ci cholerni komuniści zagrałby w Realu Madryt. Sława i milion baksów*; zamiast grać u boku Stielike, Juanito, Gallego, wprowadzać do drużyny Michela, Butragueño, czy Manuela Sanchisa , zostało mu zarzynanie organizmu alkoholem, upadlanie siebie i swojego talentu leżąc w nieprzytomności pod barem; a obok leżał Ferda Minařík, dżokej, któremu zdarzało się nawet uczestniczyć w wyścigu w takim stanie, że nawet nie wiedział, że odbył zawody (w brudnych zakładach ktoś postawił na innego, więc Ferdę upili) prychanie, babranie się w petach, które towarzyszą mu od piętnastego roku życia. Życia, które dawało w dupę od samego jego początku; ojciec harmonijkarz-alkoholik, piętnastorgo rodzeństwa, nie dla kazdego starczało jedzenia, kto się spóźnił chodził głodny. Skończyło się trzymiesięczną terapią w zamkniętym zakładzie U Apolináře (to znaczy, mogli wychodzić, ale tylko ci łagopdni; on, pijaczyna pierwszej klasy, należał do typków na tyle wrednych i złosliwych, że przez cały ten okres nie widział ani razu żony i synków)**; najgorsze były tzw. blinkačky, czyli terapia awersyjna: najpierw iniekcja pod łopatkę, a potem czterorundowe walenie do pyska, na zmianę, piwo, wino, wódka, rum; zarzyganie stojącego obok wiadra, bo ledwo w gardziel wprowadzasz alkohol już ci się podnosi; wymiociny, bladość, słabość, upokorzenie... I tak od poniedziałku do piątku. Ale wrócił, wrócił do piłki i półtora roku później został najlepszym piłkarzem w Czechach za rok 1984***. Od tej pory jeśli w ogóle sięga po alkohol, to tylko symbolicznie; otarł się o śmierć, zwyciężył, a nie wszystkim kumplom z zakładu to się udało; jeden, inteligentny, z wyższą szkołą, zapił się na śmierć w dwa lata... Ale to nie wszystko, to nie był jedyny moment, który mógł zniszczyć człowieka; prosiaki, łapczywie przytulające do siebie precjoza, gdy naród głodował, zafundował mu 35 dni w pierdlu. Szczęściarz! Szczęściarz, bo groziło mu znacznie więcej. Paragraf: hańbienie narodu, państwa, obraza prezydenta, zaatakowanie urzędnika państwowego. Ledwie wyszedł z zakładu dla pijaków trafił za kratki. W Czechach na komuchów mówiono Komancze. Czerwony to czerwony. Tuż przed spotkaniem z Danią opijał w knajpie jakoś okoliczność, a może po prostu urywał film, jak zwykle. Przyszedł jakiś gliniarz, coś tam zagadał, złapał za ramię, Berger go odepchnął, a w afekcie, kłócąc się z milicjantem, wypalił: „Jesteś taki sam, jak ten pedał ze zdjęcia!” mając na myśli Gustáv Husák, ówczesnego prezydenta Czechosłowacji (aresztowany został 14 kwietnia 1982 roku). W celi drobni złodziejszkowie zrazu go nie poznali, chociaż inni jak najbardziej. Żywiołowe „Hóóónza Berger!” niosło się po więzieniu, jak po stadionie przy Letnej. Nazwisko pomogło załatwiać gazety, większe porcje żarcia i takie tam; zdaje sobie sprawę, że gdyby był zwykłym obywatelem, a nie gwiazdą piłki skończyłoby się poważniejszymi sankcjami (dostał 9 miesięcy w zawieszeniu na 18). Dorabiał dopiero po trzydziestce, jak to w tamtych czasach; dostał pozwolenie na wyjazd do Szwajcarii. Pokopał kilkanaście lat, dorabiał jako malarz pokojowy, ale to nie to samo, co gra dla „Królewskich”...
Ale wróćmy do naszych baranów, czyli piłkarzy Pilzna. Poza Draidą i Horváthem jest jeszcze Daniel Kolař, gracz inny niż ten z ME, gdzie nie pokazał niczego, za co można by go zapamiętać; w klubie czuje się pewniej, luźniej, jego atuty to kondycja, bo facet biega od pola karnego do pola karnego, ambicja, niezła technika i świetne uzupełnianie jedynego napastnika; dzięki temu strzela sporo goli i serio, jest szalenie niebezpieczny. Pilzno własciwie gra bez klasycznego defensywnego pomocnika...
Dużo słabiej wyglądają skrzydła; po odejściu Pilařa i Petrželi brak tam jakości; Fillo, według dziennikarzyny grał po prostu na wypożyczeniu, faktycznie wywalono go z kadry za pyskowanie do trenera Vrby, więc Fillo wprawdził pogodził się z couchem ale nie spełnia oczekiwań. Ma wielkie możliwości, niezłą kiwkę i szybkość, ale nie rozwinął się tak, jak się spodziewano. Ormianin Malakjan to nie to; reprezentant tamtejszej młodzieżówki próbuje naśladować chyżonogiego gracza Wolfsburga, ale jeszcze wiele, wiele musi się nauczyć. Co ciekawe również prawonożny, chociaż ustawiany na lewej stronie. Lubi ścinać do środka i oddać strzał, technicznie jednak nie jest aż tak wielkim zagrożeniem.
Atak to skuteczny Marek Bakoš, który nie, nie dlatego pauzował w meczach z Gruzinami, że pozostaje poza formą tylko dlatego, że miał karę za czerwoną kartkę ze spotkania z Schalke to informacja dla dziennikarzyny, żadna hermetyczna wiedza, ot, oczywistość. Typowa dziewiątka, dość silny, nieźle grający głową, ale to najważniejsze już napisałem – skuteczny ten Słowak, cholera. Duriš go zastąpi, jak będzie trzeba, ale prędzej zastąpi Malakjana, bo na boku nieźle sobie radzi. Ewentualnie na skrzydło wskoczy Hora, ciekawy piłkarz, kolejny dzieciak z papierami na fajną karierę.
No i jeszcze słówko o trenerze, według dziennikarzyny jego klasę dowodzi to, że jakaś tam Legia się o niego pytała. Otóż w Czechach nikt się nie przejmował tą Legią; w ogóle o tym nie pisano; jak ktoś miał wziąć Vrbę to reprezentacja Słowacji. To było wyzwanie, a nie jakiś tam klub z Polski;]
* Gość był tak dobry, że Real zaproponował załatwienie sprawy nielegalnie; Czerwony Krzyż miał go „przetransportować” do Hiszpanii z całą rodziną. Odmówił, bał się mściwości komuchów na jego krewnych. Kto wie, być może w ten sposób uratował przyszłość Patrikowi Bergerowi, temu od klubu z Dortmundu i Liverpoolu, a prywatnie jego siostrzeńcowi.
** Jest to facet niepokorny; kiedyś w czasie meczu Dukla – Bohemians gwiazda lig, reprezentant, Karol Dobiaš z pogardą splunął w twarz pijaczynie; dostał w ryj za to, pięścią.
*** Wiąże się z tym kolejna anegdota; jeszcze w zakładzie dla pijaków, jeden z kolegów w niedoli powiedział do niego: „Wróć do piłki. Wróć i zostań Piłkarzem Roku! Jeśli to osiągniesz, coś ci wyślę”. I wysłał, buty, tylko i aż tyle, bo to był zwykły robol. Ale pamiętał o obietnicy i słowa dotrzymał.
PS A propos prasy – tak wielu pluje na Śląsk Wrocław, jacy to frajerzy, cieniarze i najsłabszy mistrz ever, a jakoś nikt nie zastanawia się po jaką cholerę mieliby być w formie już teraz. I co, za dwa miesiące forma pryśnie, a liga będzie dopiero się rozkręcać. To ja wam mówię, że Lenczyk nie jest głupi, i w lidze Śląsk będzie się liczył. Lenczyk z autopsji wie, jak to rozegrać. Gdy z Ruchem Chorzów dochodził do finał Pucharu Intertoto to w lidze dostawał potem po tyłku prawie z każdym. A Intertoto zaczynało się jeszcze wcześniej, bo w czerwcu... I jeszcze przykład klub z... Pilzna. Zapłacili wielką cenę w minionych rozgrywkach za wspaniałe przygotowanie do eliminacji do Champions League. Gdyby nie beznadziejna forma Sparty w rundzie rewanżowej, rozgrywki zakończyłyby się dla nich gdzieś w połowie kwietnia, taką mieli stratę do Prażan po pierwszej rundzie. Wóz albo przewóz, nie można mieć wszystkiego nie mając wielkich funduszy na transfery...
